środa, 24 grudnia 2014

Obyśmy żyli w ciekawych czasach

Siadając do podsumowania ostatnich miesięcy, dość typowo zacząłem do zbierania notatek, przemyśleń, luźnych uwag i pomysłów. I jak zwykle wyszła z tego cholernie długa litania żali, nadziei, chęci oraz planów. Skupmy się więc na rzeczach najważniejszych, mam nadzieję, że da się to dobrze czytać.

Spółka celowa
Zawodowo był to bardzo udany rok. Można powiedzieć, że podskoczyłem o jeden poziom wyżej. Zarządzanie spółką z o.o., z 100% udziałowcem zewnętrznym (w tym przypadku uczelnia) jest nie lada wyzwaniem. Ktoś mógłby powiedzieć, że to jednak dość ciepła posadka, ale takim "znawcom życia" mogę tylko poradzić: chodźcie i zagwarantujcie własnym majątkiem działanie takiego podmiotu, gdzie karty w rękach trzyma ktoś inny.
Z drugiej strony jak siedzę i czytam co napisałem, to prezesowanie nigdy nie było przeze mnie traktowane jak wyzwanie ponad miarę czy miejsce docelowe zawodowo. To kolejna inicjatywa, kolejny challange. Po prostu robi się. Jak to mówią w d.school? Nie ma porażek, nie ma zwycięstw - jest tylko działanie. Oczywiście nie wyklucza to stresu, wyczerpania, samotności ideowej i tym podobnych atrakcji.
OK, "wyczerpania, jasne... ale co ty w ogóle tam robisz w tej spółce"? Hmm... przypomina mi się niedawna scena z szczecińskiego Businesslinka, gdzie kolegę z transferu technologii przedstawiono: "Oto X, X pracuje w CTT, X robi... eee.... a nie wiem w sumie co robi". 
Najprościej odpowiedzieć na to pytanie pokazując dzień z pracy. Omijając już te wszystkie dodatki, typu odwożenie dziecka do przedszkola, patrzę sobie na poniedziałek 12 grudnia i widzę co następuje: przygotować ofertę przeprowadzenia badań (w tym papierologia wewnętrzna - rezerwacja sprzętu, stawki, wynajem, itp.). Zorganizować dysk przenośny dla eksperta, który musi zgrać dane z badań przeprowadzanych dla naszego spin-offa (trzeba będzie oczywiście po ten dysk pojechać, zgrać dane, przekazać odpowiedniej osobie, wyciągnąć wnioski, itd.). Wystawić fakturę dla jednego podmiotu za wykonane szkolenie. Kolejna faktura za pracę badawczą. Rozliczyć koszty jednego ze szkoleń. Wykonać przelewy do trenerów. Przygotować informację na stronę www o laboratorium. Rozczytać metodologię wyliczania cen oferowanych przemysłowi w laboratorium (uzgodnienia z kilkoma osobami). Sprawdzić co opracowała stażystka (dwa miesiące dziewczyna wytrzymała). Przysiąść do tematu wynalazku jednego z profesorów z uczelni (oferta dla biznesu). Zapłacić ZUS. Przejrzeć prasę branżową (śledzenie trendów), wysłać parę maili na ten temat. Kupić śledzie na Święta ;)
Wrażenia? Dużo różnych "pierdół"? Witajcie w pracy na własnym, gdzie nie masz księgowej ani asystenta, ale sam siebie i pusty pokój. Robisz wszystko. Od twardej komercjalizacji po śledzia w zalewie czosnkowej (mój popisowy numer). Od rozmowy z przemysłem, po catering i kanapki z jajecznicą. Żeby nie było, zrobić powyższej listy jednego dnia nie ma większych szans. Dochodzą przecież spotkania, telefony, e-maile, inne zobowiązania. W konsekwencji dzień pracy wydłuża się do późnych godzin wieczornych.
Pewnie część kolegów powie, że robi w sumie to samo. Nie robicie, macie zaplecze uczelniane lub instytucjonalne. A wiem co mówię, bo parę lat pracowałem w uczelnianym CTT. To inna zupełnie skala zabawy. 
Żeby nie było, praca daje mi mnóstwo satysfakcji. Nigdy nie wiesz co cię czeka kolejnego dnia. Czy przyjdzie nadęty profesor z żądaniami, czy ktoś odezwie się w sprawie wysłanej wcześniej oferty. 

Nieprzespane noce? Zdarzały się. Chęć rzucenia wszystkiego w diabły i wyjazd z tego smutnego kraju? Tak. Fale strachu? A jakże. Zresztą jak mówi kolega: "Widziałem kiedyś jak dwa gołębie zaatakowały kota w parku i go tak dziobały dziobały, aż w końcu nie wytrzymał i uciekł. Pomyślałem sobie wtedy o transferze technologii w Polsce."
Ale nadal tu jestem.

Niekapek też próbowałem wytransferować
Oczywiście na powyższą litanię mądrale zaproponują: weź sobie kogoś do pomocy. Ale kogo? Stażysta/wolontariusz nie ogarnie czegoś, czego i prezes spółki nie zawsze rozumie. OK, może mi przepisywać wizytówki do excela, ale oferty na szkolenie już nie klepnie. Czy można takiej młodej nieopierzonej osobie oddać organizację eventu? Oczywiście, jeśli zależy ci na "klepaniu" zleceń. Zatrudniona osoba? No, to może tylko zaproponować ktoś, kto nie rozumie, jak w Polsce rozwijają się spółki celowe, a w nich się nie przelewa. Pomimo tego, że osiągnąłem całkiem przyzwoity przychód, to o zysku na razie nie marzę.

Co było najmocniejszym przeżyciem w Spółce? Kilka spraw, w tym na pewno spółka córka z inwestorami (długo by pisać... a i tak nie mogę bo NDA), umowa powierzenia zarządzania prawami własności intelektualnej uczelni Spółce (poważna sprawa - teraz tylko Centrum Innowacji ma prawa do negocjacji wdrażania wynalazków Akademii Morskiej, co w 2015 roku może być dla części kadry naukowej małym szokiem). Przekazanie w zarządzanie nowiutkiego laboratorium Zielona Energetyka (w mojej ocenie przyszłość dla wielu jednostek naukowych w kraju - jak najwięcej outsourcingu). Szkolenie biznesowe w Samsung LABO (przeżycie także z powodów pozamerytorycznych). Próby sprzedaży pierwszych licencji.
Zresztą wszystkie ważne informacje wrzucam na stronę Spółki oraz na jej Facebooka. Jak ktoś jest ciekawy niech zagląda.

Inicjatywy
Praca w Spółce to jedno, ale przecież jak wiemy, 8h w jednym miejscu to tylko podstawa, a zabawa zaczyna się (out of the box) w godzinach popołudniowych. Prawda?
Cały ten blog powstał z powodu wyjazdu na Stanford, więc oczywiście praca w zarządzie Stowarzyszenia Top 500 Innovators musi być opisana jako pierwsza.
A jest to praca wymagająca. Czasowo, bo zajmuje czasami nawet do 20h tygodniowo. Emocjonalnie, bo wszyscy jesteśmy indywidualistami, a moja wizja Stowarzyszenia jest nieco inna niż części Topowiczów (ze szczególnym uwzględnieniem tempa zmian = chcę ich dożyć). Czasami mam też spore wątpliwości "dla kogo to wszystko", tak na poziomie Top, jak i krajowym. Może wynika to z braku czasu i sił? Ile można tłumaczyć urzędnikom/ naukowcom/ pośrednikom/itd. jaką rolę mają do odegrania? A im bardziej każdy skupi się na swojej, tym lepiej. Niestety takich, którzy mają zawsze 3 grosze do wtrącenia jest zawsze wielu. Gdyby te grosze były jeszcze tego warte i nie ograniczały się do "nie bo nie"... cóż, ja jestem praktykiem komercjalizacji, jakie są Twoje karty na stole?
Topowicze mają kluczową rolę do odegrania w polskim systemie (?) transferu technologii. Pytanie o definicję tej roli. Osobiście nie jestem zwolennikiem obowiązującego sposobu wdrażania innowacji w kraju, rolą urzędnika tej czy innej agencji, centrum czy fundacji jest danie narzędzi do zarządzania, nie zarządzanie. Inaczej mamy krok do defraudacji środków publicznych. Może to i mocne słowa, ale ręce opadły mi już dawno, w ostatnim roku reszta członków. Pewnie jest widoczne bardziej z ościennego regionu niż Wrocławia/Krakowa/Warszawy... Ale tak dla zobrazowania sytuacji, kiedyś w MNiSW zaproponowałem, by spośród Topowiczów oraz praktyków z rynku zebrać krajową ekipę ok. 30 osób, wyjąć ich z ich miejsc pracy, za atrakcyjne pieniądze stworzyć z nich ekipę do zarządzania innowacjami. To dałoby się zrobić, o ile zespół byłby ideowy, nieprzekupny, rzetelny. Jak myślicie, czy ktoś by w tym czy innym ministerstwie by na to poszedł?

Polski "system" wdrażania innowacji

W czerwcu wybory nowych władz. Zobaczymy. Najbliżsi nie wykazują większej aprobaty dla działań w Top 500, regionalni Topowicze również, więc...? Jest co prawda kilka osób, które mnie nieustannie dopingują, ale Radku powiem ci, że nie dam już rady tak długo.

Gada i gada...
Bardzo fajną inicjatywą, którą udało się ściągnąć do Szczecina, a które potem rozwinęła mi się zawodowo, jest TechKlub Szczecin. Koordynowane przez FRSI, fundację z W-wy, są to comiesięczne spotkania ludzi z organizacji pozarządowych (NGO) oraz świata IT. Chodzi o rozwój NGO'sów poprzez właśnie takie narzędzia, które są w stanie zaproponować nasi lokalni  informatycy. Inicjatywa ładnie się rozwija, teraz przejęła ją koleżanka. Dodałem do niej coś od siebie, a mianowicie w wakacje odbyły się dwa TechnOgniska, czyli kiełbaski, eksperci i dyskusje, ale... w rodzinnej atmosferze. Zagrało, za rok powtórzymy.
TechKluby to inicjatywa o tyle ciekawa, że otworzyła mi drzwi do świata NGO'sów, dawno temu zamkniętego. 


Chciałbym jeszcze w tym miejscu wspomnieć o czymś bardziej poważnym, a mianowicie o inicjatywie z Urzędem Marszałkowskim, polegającej na zmianie wektora ściągania inwestorów na Zachodnie Pomorze. Przyciągnijmy ich wiedzą, sprzętem, kadrą z uczelni, a nie tanią siłą roboczą i zachętami podatkowymi. Nie da się? A jednak... - w lutym pierwsze spotkanie z inwestorami ze Stargardu. Nie konferencja, ale celowe działanie w oparciu o potrzeby firm. My jako uczelnie mamy się do tych oczekiwań odnieść i przygotować ofertę. Sam jestem ciekawy jak to zagra. Inną sprawą są inwestorzy, którzy dopiero rozglądają się za miejscem do inwestycji - dla nich musimy przygotować dobrą komercyjną ofertę. Takie działanie też mamy na rozkładzie. Pozostaje trzymać kciuki i spokojną, rzetelną pracą iść do przodu...co ciekawe, nikt w Polsce tego nie zrobił.

O pozostałej aktywności nie będę się rozpisywał. Trochę jeszcze tego było.

Debata "Czy wybił już czas na innowacje?"

W 2014 r. spotkałem też wielu ludzi. Różnych, o ambicjach ograniczonych do podstawowej pracy zawodowej, po żywe srebra, które chyba jakimś cudem dają radę załadować tacz. Czasami zastanawiam się, co takie osoby napędza. Ambicje, złość na zastaną rzeczywistość, potrzeba władzy, wpływu? Niestety, spora część tych osób ma wyjątkowo trudny charakter (czyli mamy coś wspólnego), niełatwo te osoby szczerze lubić. A dla mnie jest to niezbędne. Doceniam rezultat osiągnięty po trupach, to też trzeba umieć (przy wysokim koszcie), ale zupełne zobojętnienie na innych jest mi jednak obce. Tym bardziej, że takie osoby mają spory problem z dystansem do siebie. O tak... poczucie humoru to umiejętność żartowania z samego siebie. 
Nie ukrywam, że parę relacji w 2014 r. także zamknąłem. O ile kiedyś miałem cierpliwość, np. do "wszystkowiedzących" (dobra rada - od takich osób jak najszybciej uciekajcie), o tyle teraz ją straciłem. Chętnie pozbyłbym się także spowalniaczy i przeszkadzaczy, ale cóż - to nie takie proste. A może trzeba im dać przestrzeń wokół siebie, by utrzymywali cię w ryzach? Przyznaję jednak, nie mam już sił tłumaczyć co dobre, a co złe. Że jedziemy na jednym wózku. Że samemu to można lecieć szybciej, ale bez większego sensu i celu.

Czego się nauczyłem
Jedno mi przychodzi do głowy. Trzymać język za zębami. Tak, wiem... część osób niedowierza, ale w porównaniu do roku poprzedniego jest progres. Dzięki temu Spółka zarobiła trochę grosza. Ale są też cienie takiej umiejętności; zobojętnienie. Ale to temat na inną notatkę na blogu.

Co dalej?
2015 będzie bardzo ciekawy. Po pierwsze Spółka już okrzepła i wiem na czym się skupić. Nadciągają fundusze z nowej perspektywy, co daje szanse na projekty oraz ich oceny. Niemniej w najbliższych latach nie będzie lekko, tym bardziej, że czym wyżej postawiona osoba, tym bardziej stara się zaprzeczyć statystykom. A są one bezlitosne. Polska nauka, a także całkiem spora część biznesu, jest na dnie. Tak... żadne kręcenie głową oraz czarowanie tego nie zmieni. Są rodzynki, ale wyjątki potwierdzają regułę! W najważniejszym unijnym badaniu spadliśmy do ostatniej grupy państw innowacyjnych. I to mimo całego tego ambarasu z 2007-2014. Ciekawe dlaczego? 

Końcówka nieco bardziej osobista. Ja... czuję upływ czasu. Mam już trzydzieści parę lat, jestem stary. Nie przesadzam. W USA największe innowacje powstają w głowach młodych, dwudziestoparoletnich studentów prestiżowych uczelni takich jak Stanford czy Berkeley. A u nas wiadomo jak to wygląda. Niemniej czemu mam równać do średniej? Czemu wpędzać się w średniactwo? Wysłuchiwać "panie to nie Ameryka / ale mu tu w Polszy.."? Nie ukrywam, że podczas pobytu w USA boleśnie i dogłębnie odczułem stracone lata. "To oni aż tyle, tacy młodzi...? Ale jak to?". Ano tak to. Ciężko to wytłumaczyć, to trzeba poczuć. Ciekawy wywiad na ten temat dał ostatnio 26 letni wynalazca, przeczytajcie.

Pisząc słuchałem: https://www.youtube.com/watch?v=cB5C9xlVifU (dożyliśmy ciekawych czasów)

Czekam już tylko na komercjalizację

wtorek, 2 grudnia 2014

A może by tak...?

A może by tak... posłuchać Radka. Był ze mną na Stanfordzie. Pożegnał Bydgoszcz A, powitał Bydgoszcz B. Tak jest, lub tak by się chciało by było po powrocie z programu #Top500 w każdym mieście.

Radek tworzy trzecią w Europie, a pierwszą w Polsce szkołę d.school, która nazywa się Shopa - Design Thinking Workspace.

Radosław mówi, co myśli. Np. o tym, że nie każdy musi cię lubić. Że nie będzie, jeśli wyjdzie się z utartych schematów i zacznie działać. Nie tylko w firmie "w której mi płacą", ale znacznie, znacznie szerzej. A czego należy wymagać od ludzi pracujących w instytucjach otoczenia biznesu.
To bolesne, trudne, niewdzięczne. Jednak może być satysfakcjonujące.

Tylko co ja mam powiedzieć, jak taka osoba pisze, ze potrzebuje porady i wsparcia ode mnie w tym czy innym zakresie? Jak to świadczy o mnie? I czemu tak niewiele z tego wynika? Ale spokojnie... wszystko w swoim czasie.

To będzie nasz kraj. Bo dlaczego nie?




Ps. Piotra też znam.

wtorek, 7 października 2014

Wybory.... do czego?


Dość nietypowo, bo nie zwykłem publicznie poruszać takich tematów, jednak chciałbym chwilę poświęcić wyborom samorządowym. Po raz pierwszy zdarza się, że wśród kandydatów mam aż tylu znajomych, czy do Rady Miasta, czy do Sejmiku.

Cóż, sam zwykłem nazywać (bez)radnych "wirtualnymi bytami", którzy mają minimalny wpływ na nasze codzienne życie. Cały czas mogę spokojnie podtrzymać część tej teorii, chociażby w zakresie wdrażania funduszy z UE w kraju czy regionie (bez ideologii proszę). Niemniej nie można zaprzeczyć, że rzetelny radny/a, poprzez swoje działania, może pozytywnie wpłynąć na rozwój miasta czy regionu. A przynajmniej się starać i mieć plan, by skupić się na rzeczach najważniejszych.

A z tym jest bardzo krucho. Mam wrażenie, że w wielu przypadkach to co możemy usłyszeć z ust kandydatów to własne, w ich mniemaniu dojrzałe, przemyślenia (o linii partyjnej pomilczę). Za takie uważają te, które wynikają tylko i wyłącznie z ich doświadczeń życiowych i zawodowych. A te są, w mojej ocenie, często dość skromne. Jak się poczyta "pomysły" co poniektórych i wypowiedzi w mediach społecznościowych, że o banowaniu tych, z którymi się nie zgadzają nie wspomnę, to mamy już pewien obraz. Rozpaczy? 

Kandydat na Prezydenta?
No ale OK, temat godności w służbie miastu/regionowi zostawmy na kiedy indziej. Obecnie jesteśmy w mniejszym lub większym zakresie bombardowani obietnicami. To naturalne i nie ma się co obrażać. Gorzej, że wśród tego potoku pomysłu rzadko można uświadczyć te rzeczywiście istotne dla rozwoju naszej regionalnej czy miejskiej gospodarki. A jak sami jej nie zbudujemy, to nikt tego za nas nie zrobi. Żadna Warszawa ani Berlin.

Poniżej zebrałem kilka luźnych uwag, a które bym przekazał kandydatom, gdybym miał taką możliwość. Nie jest to zamknięty katalog, można się z nim zgodzić, można nie, a można coś ciekawego wyciągnąć. 
  • Kwestie społeczne są istotne, ale niestety nie najważniejsze. To gospodarka jest najistotniejsza, od niej jest zależna praktycznie każda inna tematycznie gałąź naszego życia. Przedsiębiorcy to miejsca pracy, środki na inwestycje, podatki. A bez wpływów możliwości zrealizowania prospołecznych działań są ograniczone. Biedny region to słaby region (a środki zewnętrzne nie sprawią, że będzie bogaty), a to przekłada się na miejsca pracy i dobrobyt. Weźmy taką odnowę Śródmieścia, mantrę powtarzaną od lat. Czy poza gadaniem na ten temat, ktoś policzył budżet tego pomysłu? Niestety, ale prędzej należy spodziewać się dalszej degrengolady tej części miasta. Podam taki niuans: jak odwiedziłem jakiś czas temu znajomych w jednym z kwartałów, to okazało się że WC ciągle jest na... półpiętrach. Czy rozumiecie skalę potrzebnych inwestycji? Bez inwestorów prywatnych będzie to trudne (JESSIKA też się skończy). Jak ściągnięcie do miasta osoby na miarę Isakssona? Cóż, na ten moment rewitalizacja to studnia bez dna. A bez niej nie wprowadzi się ta "nowa tkanka" mieszkańców. 
  • W nawiązaniu do powyższego, stary problem: dać przedsiębiorcy na maszynę i nowego pracownika czy 1000 biednych na zupę? Odpowiedź jest oczywista, choć niepopularna. I słupki spadną.
  • Rozwój to nie tylko infrastruktura. To jeden z najgłębszych problemów nie tylko Szczecina, ale także całego kraju. Gdyby inwestorzy z Doliny Krzemowej na to popatrzyli, pokręciliby tylko głowami. Budujemy szklane domy, które są "puste". I nie myślę tutaj o biurowcach, które są prywatnym biznesem deweloperów (ale też jak pokazują badania nie są zapełnione), ale o infrastrukturze kupowanej za fundusze UE. W takim Wrocławiu na EIT+ poszło ponad 600 mln zł (dla Szczecina skala nieosiągalna), pobudowano laboratoria i... okazało się, że nie ma kto w nich prowadzić badań. Nie powielajmy tych błędów. Potrzebujemy mądrych inwestycji, które się mają okazję spłacić. A przede wszystkim - inwestycji w ludzi i ich potencjał. Bo to właśnie oni go tworzą, nie położenie geo-polityczne. Słuchajcie więc ludzi, nie wierzcie we własny geniusz (jak jedna znana kandydatka na Prezydenta). Naprawdę, są tacy którzy lekko popchnięci daliby nam wiele radości. Megaron, znana firma, zaczynała w pierwszym szczecińskim inkubatorze przedsiębiorczości (który uwaga, nie był dotowany z UE). Można?
  • O co walczymy? To o tyle ważne pytanie, że większość kandydatów sprzedaje nieświeżą kiełbasę wyborczą mówiąc o walce z bezrobociem. Serio? To wszystko? A jakie miejsca pracy chcemy by powstawały? Jakiekolwiek, byleby dawały minimalną wypłatę? Przepraszam, ale lansowane BPO to nieporozumienie. Porozmawiajcie z ludźmi po paru lata pracy w takim przybytku. To nie jest niczyi szczyt marzeń. No tak, ale słupek bezrobocia spadnie jak taki inwestor zatrudni 200 osób... czy naprawdę mamy tak niskie aspiracje? Powiedzmy "amazonom" NIE. Popatrzmy na Malmo i ich inwestycję w wiedzę po upadku stoczni. Uczmy się od innych, historie sukcesu są na wyciągnięcie ręki.
  • Priorytetem dla Szczecina oraz regionu powinna być inwestycja we współpracę przedsiębiorców z naukowcami. Nie bez przyczyny gro środków w RPO 2014-2020, POIR 2014-2020 czy w Horyzoncie 2020 ma być kierowana na tego typu projekty konsorcyjne. Na tle polski wypadamy jednak wyjątkowo blado (w statystykach dot. innowacyjności również). W POIG oraz programach NCBR, na listach rankingowych po stronie zachodniopomorskiego mieliśmy w latach 2007-2013 do czynienia z przysłowiową "plażą". Niestety nie widzę przesłanek, by władze regionu i miasta traktowały ten temat priorytetowo i szykowały kampanie promocyjne i zachęty (pozaunijne) dla firm, które byłyby chętne rozwijać takie przedsięwzięcia.
    Uwaga, tu nic samo się nie zrobi, potrzeba poważnych działań samorządu i podległych mu jednostek wspierających przedsiębiorczość, bo na razie jak idę na rozmowę to słyszę "ale nie mamy na szkolenie/warsztaty/spotkania dla firm, bo PARP nam nie daje". OK, to niech da Urząd. To szalenie istotne -> obecnie trwa przecież proces rozbioru intelektualnego regionu (vide odrzucenie naszych projektów B+R z list krajowych, co oznacza usunięcie z PO IR).
  • Inwestycja w wiedzę jest podstawą gospodarek innowacyjnych. Największe światowe firmy powstają przy uczelniach lub w oparciu o umiejętności kadry naukowej. U nas także mamy sukcesy na tym polu, wystarczy wspomnieć prof. Lubińskiego czy prof. Dacę (RTS-TietoEnator). Słuchajcie takich ludzi i ich historii i uczcie się od nich, bo to oni tworzą dobrobyt. Poparzcie na działania RCIiTT, są pierwsze fajne efekty (a następne duże przyjdą w ciągu kilku lat).
  • Ściąganie inwestorów to kolejne modne hasło. Tymczasem podstawowe wsparcie powinni otrzymać ci, którzy już tu są, mają rodziny, plany... jak zamierzacie wspierać lokalny biznes? Praktycznie nikt solidnie na ten temat się nie wypowiedział. Wynika to z jednego smutnego faktu: z rynkiem nikt nie rozmawia (nie potrafi). Niby jest PIG, ale i oni narzekają, że spotkania są bezowocne, a współpraca jest wtedy, gdy wymaga tego sytuacja (jakieś wydarzenie). Politycy w Polsce panicznie boją się przyznawać do kontaktów z biznesem, z racji na możliwość podejrzeń korupcjogennych. Ktoś w końcu powinien zrobić ten pierwszy krok. Inwestorzy z zewnątrz TAK, ale kluczowy jest lokalny przedsiębiorca.
  • Jeżeli już ściągamy inwestorów z zagranicy, róbmy to mądrze. Przykładem jest Bridgestone - ilu naszych naukowców ma dostęp do sprzętu i technologii tego koncernu? Jakie wspólne projekty realizujemy? Żadne (ale słupek bezrobocia w Stargardzie spadł...). A jak pokazuje przykład Cargotecu, można prowadzić wspólne projekty chociażby w ramach Horyzontu 2020 (ZUT). Gwarantujmy więc miastu i województwo dostęp do wiedzy, która przychodzi wraz z inwestorem. Pytanie czy możemy sobie na to pozwolić? Możemy, kilka dni temu zorganizowałem spotkanie w siedzibie COIE UMWZ, gdzie wraz z przedstawicielami uczelni publicznych dyskutowaliśmy w jaki sposób ściągać inwestorów do województwa zachodniopomorskiego nie tanią siłą roboczą i zachętami podatkowymi, ale potencjałem intelektualnym (kadrą naukową, laboratoriami, wynalazkami), który stoi za naszymi uczelniami. Spotkanie udane, zadania rozdzielone. Efekty przyjdą, pewnie za kilka lat.
  • Nie odkrywajcie Ameryki od nowa. To stała przypadłość w naszym kraju. Proszę Państwa, prawie wszystko zostało już spisane... są strategie miejskie, regionalne, innowacji, wraz z planami działań... nic tylko wypełniać je treścią. Oczywiście one nie zamykają katalogu spraw do rozwinięcia więc...
  • ...nie bójcie się marzyć. To temat rzeka, ale jak widzę dyskusję na facebooku czy w mediach nad takimi inwestycjami jak aquapark czy wielofunkcyjny stadion, w których jak mantra powtarzane są tezy typu "ale kto to potem utrzyma?", to ręce opadają. To jakieś przekleństwo, które wmawiają nam media. Proszę Państwa, myśląc i planując w ten sposób nigdzie nie zajedziemy. To są podstawy ekonomii - chcesz wyjąć, musisz włożyć (i często przez lata dokładać). Stadion, hala widowiskowa, teatry, filharmonie, aquaparki, żłobki (Łódź ma miejskich/dofinansowanych ponad 30!), komunikacja miejska, itp. inwestycje to są podstawowe udogodnienia dla miasta które ma aspiracje metropolitarne! Takich inwestycji zwyczajnie nie może zabraknąć. Jeśli chcemy by nasze miasto się rozwijało, to zaprzestańcie dyskusji o potrzebie takich przedsięwzięć. To wpędzanie miasta w średniactwo...
    Szczecin nie powinien równać do Poznania, Gdańska czy Wrocławia, ale do Kopenhagi, Berlina czy nawet takiego Malmo. Każda duża inwestycja finansowana zewnętrznie powinna być prowadzona z pewnych rozmachem, tak jak nowa Filharmonia (można się zżymać na jej zewnętrze, ale jest charakterystyczna co zostało szeroko opisane i nagrodzone). My nie mamy doganiać, a przeganiać (!).
  • Nie podajecie konkretów. Czytam, że "rozwinę Łasztownię", "odwrócę Szczecin do Odry", "będę słuchać opinii ludzi" - ale jak? Konkrety, liczby, kamienie milowe. Bo tak to może napisać byle licealista. Mam wrażenie, że tych konkretów brakuje, bo nie macie dostatecznej wiedzy, jak się takie programy tworzy i oblicza. A jak wiemy dobrymi chęciami......
  • Żaden kandydat nie odniósł się merytorycznie do naszych klejnotów rodowych, czyli specjalizacji regionalnych (w sporej mierzy miejskich jak biogospodarka czy branża morska). Skończy się tym, że większość z nich to działacze prospołeczni, urzędnicy i prezesi fundacji "na rzecz", ale to... fatalna wiadomość dla miasta. 
  • Wielu z Was podczepia się pod fundusze UE. Moim zdaniem można zrobić sporo inicjatyw nie korzystając z tych środków. Ale czy ktoś zna hasła takie jak canvas, design thinking, lean manufacturing, service design, crowdsourcing, crowdfunding, spin off/out, itp.? To są podstawy nowoczesnej gospodarki. Przypomina mi to historię, gdy w jednej z firm przygotowaliśmy szkolenia dla dziennikarzy z podstaw UE (żeby wiedzieli co piszą w latach 2007-2013). Zainteresowanie było mizerne. Jak i poziom artykułów w kolejnych latach.
  • A co z szansami, jakie nagle pojawiają się przed nami? Przykładem jest rozrastający się kontyngent NATO. Czy ktoś wyjdzie z propozycją wykorzystania tego asa w rękawie? Co z turystyką odnawialną (vide brak pomysłu na Berlin)? Jak rozwijać Technopark? Jak skorzystać z rozległej wiedzy i praktyki RCIiTT? I tak dalej... 
No i na koniec... jak się z taką osobą startującą na Prezydenta rozmawia i zwraca uwagę na potencjał instytucjonalny, agencje rozwoju, centra transferu technologii i słyszy w odpowiedzi: "taaaaak.... ta instytucja... tak, myślałem/am o tym, żeby tam być prezesem po wyborach..." to już nie pozostaje nic innego, jak zwinąć manatki i wyjechać do tej Doliny Krzemowej. Czasami zastanawiam się co mnie powstrzymuje (poza rodziną). Dlaczego wartościowi ludzie nie startują, albo jest ich tam mało? Czy rozwiążą to JOW?


Aha, wygra Piotr Krzystek. Może nawet w 1 turze?

poniedziałek, 29 września 2014

A jednak nie powiem

A jednak nie powiem jak to będzie. Taki miałem zamiar. Od miesięcy tworzyłem "posta matkę", coś na kształt kolejnego manifestu, dojrzalszego niż poprzedni (przynajmniej takie było założenie), w którym rozprawiałbym się z paroma tematami, a może osobami. A na pewno ze sobą. Nie bez przyczyny post zaczynał się od słów "Coraz częściej myślę o Końcu".

Mam za sobą (?) ciężki okres, choć pewnie niewielu to zauważyło (ktokolwiek...?). Niemniej ilość wątków poruszonych we wpisie przekracza zdrowy rozsądek i możliwości, by dzisiaj je domknąć. Stąd rozebrałem go na części pierwsze i oto kilka najciekawszych:
- wypalenie zawodowe,
- brak zrozumienia ze strony otoczenia (z tym chyba już nie wygram),
- wirtualni eksperci z TV,
- z czego tu się cieszyć - nawet wróble ze Szczecina uciekły!,
- zmiany zaczynaj od siebie,
- komercjalizacja (nuda),
- wybory samorządowe,
- nabieranie manier prezesa,
- marzenia.

Każdego poruszać nie ma sensu... to może o tych manierach, czyli o... zmianach. Ostatni rok to czas właśnie takich zmian. Awansowałem na prezesa zarządu spółki celowej uczelni. To podmiot, gdzie 100% udziałów ma jednostka naukowa, a który ma za zadanie w sposób "nieco" bardziej skuteczny komercjalizować własność intelektualną uczelni. Jak ktoś chce o tym niecnym procederze wiedzieć więcej, to zapraszam na stronę spółki. Mógłbym o tym gadać godzinami, ale chyba nie o to chodzi. Na bieżąco wrzucam także informacje o spółce na Facebooka. Pracy jest full, ale na szczęście jest ona niezwykle ciekawa i, jak to się pięknie mówi, rozwojowa.

Jeżeli chodzi o Top 500, to również nie narzekam na nudę. Zostałem wybrany członkiem zarządu Stowarzyszenia Top 500 Innovators. To wyjątkowo zajmujące zadanie - czasami trzeba robić i 20 h tygodniowo, no ale pani Prezes jest bardzo wymagająca. A kobietom się nie odmawia (no, czasami trzeba;)). Znów - można by o tym pisać i pisać... tylko kto by to czytał. Na bieżąco można nas śledzić na stronie Top 500. Z ciekawostek - rozwijam Newsletter Top 500, już 36 numerów w tym roku i kilkuset subskrybentów. Bardzo mnie to cieszy, bo nie ma w Polsce rzetelnej informacji o transferze technologii.
Oczywiście odbywają się też comiesięczne spotkania szczecińskich Top 500. Jak widać na fotce, atmosfera jest dobra.

Spotkanie szczecińskich Topowiczów

Kolejnym udanym dla mnie wątkiem jest ściągnięcie do Szczecina inicjatywy TechKlubów. To comiesięczne spotkania na których NGOsy, przedstawiciele lokalnego biznesu, samorządu czy świata nauki rozmawiają na temat technologii i tego jak można je wykorzystywać, aby praca we własnej organizacji stawała się lepsza i wydajniejsza. Inicjatywa przypłynęła do nas z USA, od Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności.
Temat jest fajny, trwa już kilka miesięcy, odbyły się 3 TechKluby, a czwarty lada dzień
W międzyczasie, w okresie wakacyjnym, gdy TechKluby zamilkły, zorganizowałem dwa TechnOgniska, gdzie w rodzinnej atmosferze (można było zabrać małe potwory), przy kiełbasce rozmawialiśmy o technologiach. Jedna z relacji wideo tutaj :)

II spotkanie szczecińskiego TechKlubu

Nie szata zdobi człowieka? 
Wracając do manier. Powinny być nienaganne. W końcu jesteśmy atakowani ze wszystkich stron różnymi bździnami typu Logo czy Businessman magazine. A tam na okładach modele (bynajmniej nie polscy prezesi, a może to prezesi modele po retuszu fotoszopa?).
W sumie to mi chyba nie wypada nawet pisać takich rzeczy. Prezes nie może mieć wątpliwości, musi mieć modną fryzurę, dobrany garnitur (czy w Szczecinie lub okolicy szyją na miarę?) i fotkę do wykorzystania w materiałach konferencyjnych. By Przekaz Był Spójny. "Chcesz zarobić milion, musisz wyglądać jak milion" - jak mówi dyrektor dość znanej izby gospodarczej.
Nie kupuję tego. I to nie dlatego że nie potrafię dobrać krawata do koszuli lub, olaboga, go zawiązać. Potrafię, i to nawet na odpowiednią długość (czasami za pierwszym razem)! Mogę też dobrze wyglądać i wygłosić profesjonalną prezentację. Garnitur mi nie przeszkadza. Ale, na Boga, to nie może być cel sam w sobie ani niezbędny element by dograć deal. Tak po prostu nie jest. Poznałem iluś profesorów, którzy ubierają się niedbale. Iluś inwestorów w USA, którzy przychodzili na obrony na klapkach. To nie jest z ich strony afiszowanie się ani wyraz poglądów czy pogardy dla współczesnego świata/prezentującego. Oni już wiedzą, że to nie ma znaczenia. Wystarczy zachować podstawowy kanon (a znam i takich, którzy nie ubierają bielizny). I nie musimy wcale twierdzić, że "ale to Polska, to taki zwyczaj, tak wypada, itp.". Do tego trzeba jednak dojrzeć mentalnie, by się odważyć.

Po czynach ich poznacie
To teraz nieco humorystycznie. Jak widać wyżej z opisu, działam to tu to tam w różnych obszarach, nie związanych ze sprzedażą technologii. Można powiedzieć, że altruistycznie i z pobudek wyższych. Choć nie tylko... ale to innym razem. Tak czy owak widzę, że dla części osób jestem "tym z techklubu, tym z Top 500...". A tyle nagadałem się o rozwoju regionalnym, o transferze technologii, o wsparciu uczelni! I nic to, bo kojarzony jestem ze spotkań dla organizacji pozarządowych :).
To ciekawe, że jednak small things matters... I co tu zrobić? Prawdopodobnie nic, ale ktoś znający się na rzeczy pewnie by powiedział, że nie potrafię budować swojego Wizerunku w sposób profesjonalny. Ech, to tyle ze sprzedanych wynalazków. Czas się przebranżowić ;)

Dobry chłopak był...
A teraz niehumorystycznie. Dotkliwie to odczuwam w ostatnich latach i miesiącach. Ludzie znikają.
Straty "przyjaciół"... to oczywiste, ale także przykre zjawisko. W życiu każdego człowieka dochodzi do zmian. Pojawiają się dzieci, nowa praca, zmiana trybu życia... nie każdemu to odpowiada. Są tacy, którzy lubią równać w dół, stąd jeśli nagle awansowałeś, to jest to dla nich zwyczajnie nie do zniesienia. Inni podświadomie cię klasyfikują (czy też kwalifikują) do "frajerów", "co on z tego ma... jeszcze zobaczy ile to go będzie kosztować", "to przypadek albo koneksje", "noga mu się podwinie".
Naukowcy mają pewnie na to swoje wytłumaczenie oraz definicję, można to też nazwać kolokwialnie "bólem dupy" (jaki musi mieć teraz niejaki Goliszewski z tzw. doktoratem).
Wszystko fajnie, ale nadal jestem facetem. A mężczyźni (ci "prawdziwi") mają swoje potrzeby. A tu nie dość że nie ma z kim, to jeszcze samemu też ciężko cokolwiek zorganizować przy aplauzie dwójki małych dzieci.
Być może sam jestem sobie winien, jakiś czas temu wyczyściłem "znajomych" w portalach społecznościowych o tych, z którymi mi nie po drodze (cierpliwość mi się wyczerpała). Koło się zamyka?

Obłęd zmiany siebie, nie świata
I na koniec myśl z cyklu głębokich (a dla zgryźliwców: płytkich). Jednym z często używanych, wręcz wyświechtanych powiedzeń, jakim obdarowywane są osoby, które chcą zmian na poziomie nieco wyższym niż lokalny, jest "Chcesz zmian? Zacznij od siebie.".
Nic bardziej mylnego.
Powiedzonko to jest naprzemiennie głoszone wraz z innymi: "Świata nie zmienisz" (ciekawe co mają powiedzieć ci, którym się to udało?) czy "Głową muru nie przebijesz" (notabene próbowałem przez parę lat, ale na ścianie nie pojawiła się nawet rysa, więc to akurat może być prawda) oraz idzie ręka w rękę z takimi jak "Ciszej będziesz, dalej dojedziesz" (bolszewicki kretynizm). Wszystkie te hasła to nic innego, jak próba obrony własnej strefy komfortu, poza którą wielu nie chce wyściubić nosa. Łączyć je też można z prostym sarkazmem/ironią, tak częstą odpowiedzią wielu ludzi na coś, z czym się nie zgadzają.

To sformułowanie jest idealnie pasujące do polskiej zastanej rzeczywistości. Jest to najprostsza obrona przed możliwością zaangażowania się w jakikolwiek projekt obywatelski, społeczny, itd. Bo po cóż miałbym to robić, muszę zacząć od siebie (?). Wszystko świetnie, ale czymże jest taki projekt, jak nie próbą zmiany świata, chociażby tego najbliższego?
Rodzi to kolejne pytania, dla tych którzy trwają przy swoim: to kiedy mija ten termin zmiany "siebie"? W którym momencie można uznać, że już swoje zrobiłem, a teraz zajmę się światem?
Myśląc w ten sposób można utkwić w swojej strefie komfortu przez całe życie. Wystarczy uwierzyć w "ale co ja mogę...panie... to nie na moją głowę..." i dramat gotowy. Dramat osobisty, ale także dla miasta czy kraju. A przypominam, że żyjemy nie w Dolinie Krzemowej, a w Szczecinie, mieście zapomnianym, więc tym bardziej musimy się starać by wspólnie je pchnąć do przodu. Nikt za nas tego nie zrobi, a na pewno nie mityczni "Oni".

Zachęcam więc do działania w obszarach, które są poza strefą komfortu (także zawodową!). To trudne, wiem. Znaleźć można wiele wymówek, wiem. Ale rezultat daje ogromną satysfakcję. I to wiem również.