sobota, 27 kwietnia 2013

Commercialization means more than patents, licensing fees and startups

Jakiś czas temu wpadł mi w ręce ciekawy artykuł o... komercjalizacji i transferze technologii (nie może być!). W końcu znalazłem chwilę, by go streścić i okrasić komentarzami, bo dziwnym trafem temat jest bliski Topowiczom.

Jest to historia niejakiego Ahmeda Ellaithy, dziś 31-letniego inżyniera, który trzy lata temu porzucił swoje miejsce pracy (high-tech start-up), by podjąć na Uniwersytecie Amerykańskim w Kairze (AUC) wyzwanie stworzenia pierwszego w Egipcie Centrum Transferu Technologii.

(Nie, to nie będzie komedia, ale zapowiada się wybornie, prawda?)

Nasz bohater
Od czego rozpoczął swoją pracę, na co zwrócił uwagę? Jak pisze, po pierwsze stanął przed pytaniami natury egzystencjalnej: "Jaki jest cel komercjalizacji?", "Dokąd zmierzamy i jak to zmierzymy że już tam jesteśmy?". Cóż, pytania jakie zadaje sobie wielu specjalistów od transferu technologii i/oraz topowiczów.

Tam czy owak, władze Uniwersytetu w Kairze zdały sobie sprawę z faktu, że bez rzetelnego planu komercyjnego wykorzystania myśli naukowej nie będą silną, sprawną uczelnią. Więc postanowiły coś zrobić z tym fantem.

Ahmed doskonale wiedział, że na całym świecie próby rozwoju uczelni w komercjalizacyjne maszynki do zarabiania kasy nie dają wielkich efektów. Transfer technologii to studnia (bez dna) na uczelniane oraz publiczne pieniądze, głównie z powodów prawnych oraz administracyjnych. Jest tak również dlatego, że sporo "nowych" osób w temacie snuje nierealistyczne wizje i plany, zapominając, że nawet Wielkim (takim uczelniom jak Stanford czy Berkeley) zajęło lata, by "wyjść na swoje". Dlatego też wielu ekspertów doradza uczelniom, by zamiast na "transferze wiedzy" skupili się na pomocy społeczeństwu w czerpaniu z wiedzy, wynalazków oraz umiejętności pracowników naukowych i studentów, zamiast skupiać się na samych finansach.

A gra jest warta świeczki. Dobrze zorganizowane CTT może wzmocnić podstawową działalność uczelni, zwiększając jej wpływ na miasto czy region (ludzi), no i zadowolić polityków (tfu, samorządowców) ;). Z drugiej strony utrzymywanie takiego planu wymaga środków, co nie pozostaje bez konfliktu z tym, z czego uczelnia jest rozliczana (dydaktyka i nauka).

Cóż, transfer technologii stał się pewnego rodzaju słowem-wytrychem, więc są też i wielkie oczekiwania. Wyzwaniem jest jednak, by tak skonstruować system TT na uczelni, by wszyscy z niego skorzystali: inwestor, uniwersytet, społeczeństwo. A przeszkód, na które można wpaść, jest przecież tak wiele. Nie ma przecież czegoś takiego jak typowy system transferu technologii!

Jak więc radzą sobie uczelnie? Niektóre idą w ilość - komercjalizują co tylko się da, licząc że parę takich odkryć da ciekawe zwroty. Inne są w swoim mniemaniu sprytne - przedkładają nad tą ilość  jakość. Jeszcze inne obejmują udziałami spin-offy, a jeszcze inne nie chcą ryzykować lub nawet nie mogą. Biorąc więc pod uwagę różne budżety, kultury, cele nowoczesnych uczelni, nie może być mowy o czymś takim jak jeden wzorzec transferu technologii (raport amerykańskiej Narodowej Rady Naukowej (NRC) z 2010 r.). Cóż, czasami podczas dyskusji w kraju słyszę takie hasła ("dajcie nam jeden model wykorzystywania laboratoriów!"), ale czy to jest zdroworozsądkowe podejście?

Co do zasady jednak Egipt oraz większość krajów podążają ścieżką amerykańską. W 1980 r. ustanowiono tam prawo zwane Bayh-Dole Act. Prawo to dało uniwersytetom to, co wydaje się dzisiaj zupełną normą, mianowicie możliwość dysponowania wypracowanymi rozwiązaniami, nawet jeśli były finansowane ze środków publicznych. Od tego czasu mnóstwo krajów poszło tą samą drogą.

OK, ale rozwiązanie jest tylko pierwszym bądź drugim krokiem. A co jeśli ma ono potencjał komercyjny? Cóż, zasadniczo wiemy co się wtedy może zdarzyć (rozwiązanie umiera śmiercią naturalną w uczelnianej administracji ;)). Przede wszystkim powinniśmy chronić dobro, czy poprzez przystąpienie do procedury patentowej, na wzór przemysłowy, znak towarowy, know-how itp. Możemy sprzedać licencję (popularna aż do bólu forma komercjalizacji w Polsce) wyłączną lub niewyłączną, możemy uruchomić spin-offa/outa. Jakiekolwiek płatności czy zyski są dzielone później pomiędzy inwestora, wynalazcę, wydział oraz uczelnię.

Bayh-Dole Act otworzył drzwi dla monstrualnych deal'i. W 2005 r. niejaki Uniwersytet Stanforda zarobił 336 mln $ za sprzedaż akcji Google, Uniwersytet Nowojorski wraz z grupą naukowców zarobił ponad 650 mln $ za Remicade, lek na artretyzm. Można też na odwrót, Carnegie Mellon University z Pittsburgha w Pensylwanii ma otrzymać, decyzją sądu federalnego, 1,2 bln $ (!) za to, że firma produkująca półprzewodniki (podwaliny dzisiejszej Doliny Krzemowej) wykorzystała wynalazki bez jego zgody.

Wszystko pięknie, ale takie wielkie transakcje są bardzo rzadkie. Okazuje się, że mniej niż 15 z 100 najlepszych amerykańskich uczelni zarobiło ponad 50% przychodów z komercjalizacji, które osiągnęły poziom 2,5 mld $ w 2011 r. A mniej niż 1% z tysięcy udzielonych licencji w ciągu ostatnich dziesięcioleci wygenerowały więcej niż 1 mln $ należności dla uczelni. W rzeczywistości, wiele amerykańskich uczelni zarobiło więcej z kontraktów telewizyjnych za transmisję imprez sportowych niż z transferu technologii!
Oczywiście, uniwersytety w Europie i Azji wyglądają w temacie jeszcze gorzej.

 Konkludując, w nawiązaniu do raportu NRC, system transferu technologii nie powinien być oparty o model zarobkowy. Szansa na duże zyski jest mała, a prawdopodobieństwo rozczarowania wysokie.

W ostatnich latach, uczeni zidentyfikowali co najmniej 8 głównych ścieżek dla transferu wiedzy z uniwersytetów. Są to:
  1. Transfer umiejętności oraz pomysłów studentów do przemysłu, samorządu/rządu, sektora non-profit.
    8 głównych ścieżek transferu technologii
  2. Publikacja rezultatów wyników badań w czasopismach.
  3. Uczeni prezentują swoje osiągnięcia na konferencjach, seminariach oraz innego typu wydarzeniach.
  4. Przemysł sponsoruje konkretny projekt naukowy.
  5. Zawiązywane jest konsorcjum naukowo-przemysłowe na rzecz wykonania konkretnego projektu.
  6. Naukowiec staje się konsultantem dla firmy.
  7. Naukowiec angażuje się w przedsięwzięcie biznesowe, które nie ma związku z uniwersytetem (ani jego IP).
  8. Uniwersytet sprzedaje licencję firmie lub uruchamia spin-offa. 
Oczywiście można do tej listy dodać pewne hybrydy, szczególnie pozycji 8 (Polak potrafi!). Plus sytuacje nieoficjalne, jak nieformalne kontakty naukowców z przemysłem (czy to się nazywa szara strefa?), prywatny konsulting, czy udział studentów w badaniach dla firm. Gdyby statystyki dot. światowego transferu technologii brały to wszystko pod uwagę, wiele uniwersytetów by pozytywnie zaskoczyło w rankingach, na czym szczególnie zależy uczelniom europejskim ;)

Wracając do Egiptu, Ellaithy wiedząc to wszystko zastanawiał się, jaką drogę wybrać. Uniwersytet w Kairze, choć dość mały, był postrzegany jako jeden z najlepszych w kraju. Ok. 7 000 studentów, do tego uruchomione właśnie studia doktoranckie dla inżynierów. Cóż... pierwszy rok spędził na szukaniu odpowiedniego podejścia, które zadziała dla jego nowego pracodawcy.
W efekcie, władze AUC zdecydowały się na strategię "najpierw rozwój, potem zarobek". Mają nadzieję, że transfer technologii będzie pełnił rolę platformy dla budowy relacji z przemysłem w celu realizacji wspólnych projektów, pracy dla magistrantów oraz innych, bardziej osobistych form transferu wiedzy. Jeśli w ciągu najbliższych lat pojawią się nowe spółki uczelniane i sprzedaż licencji - będzie to swoista wisienka na torcie (halo, czy ktoś mnie słucha?).

Jednym z pierwszych zadań Ellaitha było nakłonienie uczonych do odkrycia ich (pochowanej po szufladach) oferty technologicznej, dzięki czemu jego CTT mogło rozpocząć prace nad ochroną tych pomysłów. Cóż, nie tylko w Egipcie naukowcy są niezbyt chętni do takiego coming out'u. Dodatkowo Ellaith zauważył, że ci bardziej przedsiębiorczy naukowcy z natury uważali, że to co wypracowali jest ich i sami sobie będą komercjalizować (tacy "uwłaszczeni z wyboru" naukowcy;)).
Niemniej Ellaith został pozytywnie zaskoczony reakcją kadry naukowej. Jego biuro działa od 2010 r. zatrudniające 2 osoby na pełnym etacie i jedną na "połówce", ale już zdążył przygotować tuzin zgłoszeń patentowych, a obecnie jest w trakcie zakładania pierwszego start-upa (proste narzędzie diagnostyczne dla żółtaczki typu C).

Pomimo tych wstępnych osiągnięć, nasz bohater wie, że wprowadzenie systemowego transferu technologii jest jak maraton, a jego sukces nie może być mierzony w wartościach bezwzględnych i gotówkowych. Ahmed: "Gdyby nam dobrze poszło z licencjami, to byłoby jak strzał w stopę. Ludzie pomyśleliby, że tak już będzie zawsze". 

Czego zrozumienia życzę wszystkim decydentom wymyślającym co i rusz nowe programy i inicjatywy, nie skorelowane ze sobą, wprowadzane w sposób mało profesjonalny. Rozwój systemowego, rzetelnego transferu technologii na danej uczelni zajmuje lata... dziesiątki lat i nie dotyczy prostego zakładania spółek celowych oraz licencjonowania. To coś znacznie ważniejszego.

Oryginalny artykuł

środa, 27 marca 2013

Pilotażowy Dzień Kreatywności na Akademii Morskiej

Korzystając z dobrej praktyki Anny Czerwoniec z Poznania, postanowiliśmy przygotować podobne wydarzenie u nas na Akademii Morskiej w Szczecinie!

No to jak robimy?
Zaczęliśmy od burzy mózgów, na którą zaprosiliśmy Dział Nauczania oraz Biuro Karier. To była dobra decyzja - zamierzamy budować wewnętrzne relacje na uczelni, działać razem, a nie samemu. Jak to powiedziano w jednej z reklam w polskiej TV: "Samemu to można krawat zawiązać" ;)
Burza była gorąca i twórcza, zastanawialiśmy się jak dobrze przygotować kreatywne prototypowanie, jakie mamy propozycje pytań oraz gdzie zorganizowany zostanie event. Podstawowym założeniem było, by Dzień Kreatywności potraktować jako coś fajnego, zabawnego, twórczego, na luzie :)
I pomimo że pojawił się stres (jak to mówi kolega prawnik gdy przychodzi do komercjalizacji: smuteczek), to udało nam się!
W konsekwencji, 15 marca 2013 r. studenci oraz pracownicy Wydziału Inżynieryjno-Transportowego (tam w końcu zdecydowaliśmy się na organizację pilotażu) dostali możliwość twórczego „wyżycia się”! Tematem przewodnim była „Nasza Akademia”. Do dyspozycji były flipcharty, na których można było pisać i rysować oraz stanowisko do prototypowania.
Stół do prototypowania
Każdy mógł dać odpowiedź na następujące pytania:
  • Co ci się podoba?
  • Co cię wkurza?
  • Gdybym był/a Rektorem AM…. :-)
  • Co być zmienił/a? Zaproponuj rozwiązanie.
  • Na uczelni Twoich marzeń…
Celem akcji było sprawdzenie, czy w studentach drzemie potencjał do pracy twórczej oraz kreatywnego rozwiązywania problemów, z którymi stykają się na WIET oraz na uczelni.

Z samego rana rozpoczęło się rozstawianie przystrojonych flipchartów i... jeszcze nie skończyliśmy, a już pojawiły się pierwsze wpisy :)

Do najciekawszych odpowiedzi studentów zaliczyć można (podkreślone):

Co ci się podoba?
  • Podoba nam się Pani Dziekan ;)
  • Było trochę mało odpowiedzi niestandardowych, takich jak nic :)
  • Dużo odpowiedzi krążyło wokół tematów osobowych (dziewczyny z WIET, pani od matematyki, itp.)
  • Podobają się też zajęcia w języku angielskim, spotkania z pracodawcami oraz... dystrybutor z ciepłymi napojami (ja też lubię, szczególnie ciemną czekoladę bez cukru, czyli coś jak papier w płynie)
I już pierwszy prototyp

Co cię wkurza? 
  • Brak szacunku do studenta
  • Niedopasowany do oczekiwań i potrzeb rynku program studiów
  • Zajęcia prowadzone tak, że po kilku nadal nie wiadomo o czym one są
  • Najmocniejsze były uwagi o braku wyrozumiałości wykładowców, którzy potrafią demotywować studentów hasłami typu: "Wy się nawet do Żabki nie nadajecie!", "Wykupię Makro i Was wszystkich zatrudnię!" (dla mnie bomba) :))))
  • Prawdziwym hitem okazało się jednak hasło "Brak mydła na 4 piętrze", które spowodowało popłoch wśród pracowników technicznych WIET. Mydło się nagle znalazło, co studenci skomentowali po jakimś czasie - jest mydło!"
Coraz większe zainteresowanie

Gdybym był/a Rektorem AM…. :-)
  • Tu czasami byliśmy zaskakiwani pomysłami typu "Dni rektorskie w Juwenalia!" (to nie ma?)
  • Postawiłbym więcej ławek na korytarzach i przed budynkiem
  • Więcej praktyki na zajęciach i więcej języka angielskiego
  • Do ciekawych propozycji należy zaliczyć: 
    • organizacja dnia naukowego, na którym prezentowałyby się koła naukowe, organizacje studenckie itp.
    • udział studentów w projektach badawczych prowadzonych na uczelni
  • Były też propozycje zabawne typu: udostępniłabym sprzedaż kebabów na terenie szkoły!!! (czemu nie pasztecików albo paprykarza?)
Studenci

Na uczelni Twoich marzeń…
  • Było niewiele odpowiedzi, czyżby nasi studenci nie marzyli?
  • Zajęcia w terenie i milsi wykładowcy
  • Jedno nas zaskoczyło - W-F jako ostatnie zajęcia w ciągu dnia (a tak nie jest?)
 
Co być zmienił/a? Zaproponuj kreatywne rozwiązanie.
  • Pomysłów było całkiem sporo, ale niewiele z nich przekształciło się w prototypy
  • Powtarzała się prośba o ławki w i poza budynkiem
  • Prośba kreatywna: Szatnia samoobsługowa 
  • Jak w polskich urzędach... studenci wpisali prośbę o wydłużenie godzin pracy dziekanatu 
  • Sporo wpisów kręciło się w około procesu dydaktycznego:
    • aby przedmioty miały wymiar praktyczny
    • by można było zdawać certyfikaty z języka angielskiego
    • by szkolić z tego, co zaproponują studenci
    • nauka powinna być prowadzona też przez przedsiębiorców
    • nauka to nie tylko teoria, ale też wizyty w przedsiębiorstwach 
  • sale prób (kreatywne?) dla zespołów, kół naukowych

Tłumy
Ciekawostką było to, że wpisy czytali profesorowie, niektórzy nawet pstrykali zdjęcia. Byli też tacy, którzy akcji nie odebrali wyjątkowo dobrze, ale to nie dziwi skoro ich nazwiska pojawiały się w sekcji "Co cię wkurza"... ;)
Inną ciekawostką było to, że niektórzy studenci odpowiadali sami sobie na tablicach, prowadząc coś w rodzaju konwersacji (ale to nie Facebook).
Zupełnym dla nas zaskoczeniem było to, że studenci... nie przywłaszczyli sobie nawet 1 pisaka. Czy to efekt groźnej miny Pana woźnego? ;)

Wydaje nam się że Dzień Kreatywności przypadł wielu osobom do gustu, ale szczególnie zależało nam na studentach. I nie zawiedliśmy się. Teraz czeka nas powtórka akcji w siedzibie głównej uczelni, a następnie... rozmowy z samorządem oraz władzami które propozycje możemy wprowadzić na uczelni.

W dalszej przyszłości widzimy możliwość organizacji cyklicznego wydarzenia wraz z konkretnymi pytaniami (dobre pomysły, Anno): "Oficerze, jak Cię widzi społeczeństwo", "Skąd wziąć meble by zrobić salę prób na Wydziale?"

Prototyp pojazdu wodnego ;)
To jakieś żarty... :)
Profesor czyta...
Prototypy

To chyba Pani Dziekan? ;)
Podziękowania

niedziela, 24 marca 2013

Wybieram uwłaszczenie PZP

To już 3 miesiące po powrocie z USA... Jeśli w tym momencie czegoś mi brakuje to takiego dobrego, mięsistego hamburgera. Tym bardziej głód trawi, gdy złość się pojawia, wszak głodny Polak to zły Polak. A ja zgromadziłem sporo materiału na nowy wpisu na blogu i ziuuuuut!... nie ma.
Internet dał, Internet zabrał.

Nabór do III edycji programu Top 500


Pozostańmy więc przy głównych wątkach. Ostatnie tygodnie w życiu topowiczów to przede wszystkim nabór do kolejnej edycji programu Top500.
Spotkanie na Pomorskim Uniwersytecie Medycznym
Początki naboru nie były zbyt udane - rejestrowało się zaledwie 2 kandydatów dziennie. Deadline nadchodził niepostrzeżenie, a kandydatów zgłosiło się tylko 75. To bardzo mało, zważywszy, że plan MNiSW był taki, by na Stanford, Berkeley oraz Cambridge wysłać aż 4 grupy po 40 osób. Trzeba więc było nieco wzmocnić promocję programu i ruszyć w teren. Osobiście zorganizowałem kilka spotkań (Pawle i Patrycjo - dzięki za pomoc) na różnych uczelniach w Szczecinie, co przełożyło się na kilku kolejnych kandydatów. W konsekwencji swoje zgłoszenia złożyło 376 straceńców. Niestety po ocenie formalnej (polegającej m.in. na sprawdzeniu, czy CV złożono w odpowiednim języku oraz wypełniono wszystkie pola w arkuszu) ocalało ich zaledwie 264 (!). Trudno powiedzieć, czemu ludzie składają tak ważne aplikacje w sposób, rzekłbym, frywolny.
W konsekwencji by zapewnić wysoki poziom wybrano 3 grupy 40-osobowe, jedna grupa zostanie dobrana podczas dodatkowego naboru w czerwcu tego roku.

Komisja Rekrutacyjna zaraz się pojawi...
Miałem okazję uczestniczyć w wyborze kandydatów jako członek Komisji Rekrutacyjnej. Inaczej mówiąc, przepytywałem osoby chętne do wyjazdu za wielką wodę. Fantastyczne doświadczenie, możliwość weryfikacji własnych umiejętności, rzucenia okiem na przekrój krajowy jeśli chodzi o tą "ciekawszą" część kadry naukowej oraz pracowników CTT. Miałem okazję wysłuchać ok. 35 kandydatów, z czego niewielka część osiągnęła już wysoki poziom praktyczny, tak w zakresie badań jak i wdrożeń. Nie jest więc tak, że Polska to zupełnia pustynia pod względem komercjalizacji, są przynajmniej na niej oazy ;).
Z drugiej strony nauka wyniesiona z tych spotkań jest... przewidywalna w kontekście własnych doświadczeń. Czeka nas jeszcze w kraju wiele, wiele pracy.
Jeden z moich ulubionych cytatów szefa pracownika, który uczestniczył w Top500: "Nabuzowany wrócił, no to ja muszę też jechać. Tak nie może być, żeby mój pracownik ...." :)

Najważniejsze, że w rozmowach (były 2 Komisje) rewelacyjnie wypadli 3 kandydaci z mojej uczelni, których namawiałem do startu. Wszyscy się dostali, z czego dwóch na miejscu 5 i 6 (!). A że do wyjazdu szykuje się jeszcze koleżanka z CTTM, która zapewniła sobie wyjazd w poprzednim roku, to będzie z kim burzyć mury w Szczecinie ;)
Powoli zaczynam im zazdrościć wyjazdu. 

Uwłaszczenie naukowców?


Sporo zamieszania wywołały ostatnio propozycje p. Minister Kudryckiej dotyczące tzw. uwłaszczenia naukowców (są kolejne, czytam właśnie o "brokerach innowacji" i mocno drapię się w głowę na przemian ze zgrzytaniem zębami). O co tu chodzi? Tak naprawdę do końca nikt nie wie, nie przedstawiono szczegółów propozycji, a jak wiadomo właśnie w nich tkwi diabeł. No ale OK... tak pomysł został zdefiniowany:
  • "Pierwszą propozycją jest przeniesienie własności do wynalazku z uczelni na naukowca. Jak czytamy w komunikacie PAP: „[…] prawa majątkowe do wynalazków będą mieli tworzący je naukowcy, a nie jak dotąd uczelnie. „Nazywamy to uwłaszczeniem naukowców” – wyjaśniła minister nauki. „Wynalazcy sami dostrzegą interes w tym, by ich rozwiązania technologiczne nie leżały na półkach” - dodała. Naukowiec, który będzie miał gotowy do wdrożenia wynalazek, będzie musiał znaleźć firmę, która chce wdrożyć jego produkt. Z nią będzie negocjował warunki współpracy. „Jeśli właścicielem praw majątkowych będzie bezpośredni autor wynalazku, to będzie osobiście zainteresowany, by negocjować z przedsiębiorcą warunki komercjalizacji” – powiedziała Kudrycka. […] 
  • "Dochody z wdrożonego wynalazku czerpać będą: naukowiec, firma oraz uczelnia. Jednak o tym, jak duże będą zyski tej ostatniej, ma zadecydować regulamin ustalony między naukowcem a tą instytucją. Wynalazca musiałby zapłacić uczelni za to, że korzystał z jej sprzętu i laboratoriów. Minister Kudrycka zastrzega jednak, że kwota, którą z wynalazku otrzyma uczelnia, będzie mogła stanowić nie mniej niż 25 proc. tego, co otrzyma naukowiec."
Temat wywołał wiele gorących dyskusji, także w naszej grupie Top500 (trochę się pożarliśmy, ale dobrze - potem lepiej się pije). Naprzeciw siebie rozłożyły się dwa obozy: naukowcy i polskie seedy (za), z drugiej transfer technologii (przeciw). 
O co więc tyle krzyku? Przyjrzyjmy się propozycji z bliska, jakie są "za i przeciw", a przynajmniej część z nich.

Za:
  • Niekompetentne centra transferu technologii (IOTT) nie będą monopolizować komercjalizacji
Część ekspertów uważa, że rozwiązanie to "uwolni" polską naukę przed uczelnianą administracją, która blokuje komercyjne wykorzystanie wynalazków. Ciekawe spostrzeżenie, z tym że na wielu uczelniach takie rozwiązania, dające naukowcom wolną rękę, już funkcjonują i... nie ma zainteresowania z ich strony (!).
Co do niekompetencji CTT nie chcę zbytnio polemizować, podczas pobytu w USA trochę nasłuchałem się o słabo działających Centrach, po czym dzwonię na uczelnie topowiczów by rozmawiać z CTT o nowych rozwiązaniach i... niejednokrotne pozytywne zaskoczenie wysokim poziomem wiedzy i praktyki. Więc jak to jest? Czy my czasem nie mylimy pojęć? Sprzedaż usług badawczych to nie komercjalizacja! Komercjalizację to ja miałem kilka dni temu, gdy okazało się, że wartość jednego z wynalazków przekracza 250 000 EUR, co powoduje m.in. konieczność złożenia wniosku do Ministra Skarbu o zgodę na rozporządzanie środkiem trwałym + całą litanię innych spraw. A wszystko to razem równa się "jazda bez trzymanki".
Prawdą jest, że wiele CTT ciągle uczy się komercjalizować (my też), na co miałem potwierdzenie właśnie w przypadku wniosku do MS - dzwonię i... mówią nam, że w sumie to uczelnie nie kontaktują się w tej sprawie. Domyślacie się co to oznacza?
Nie bez znaczenia jest też nastawienie polskich instytucji wspierających biznes na realizację (utrzymywanie się z...) projektów miękkich, zamiast na realnej i sensownej pracy dla rynku. Fundusze UE są dla rozwoju naszego sektora dużym... wyzwaniem.
W konsekwencji o niektórych CTT można mówić IOTT - Instytucje Otoczenia Transferu Technologii (bardzo mi się podoba to określenie) :))

  • Skróci się proces decyzyjny na uczelniach
Prawda, dzisiaj procedury uczelniane są często dodatkowym podstawianiem nogi nauce. Ale to już problem, który przecież można rozwiązać inaczej.

  • Bo takie rozwiązanie działa we Włoszech oraz Szwecji
Z tego co można usłyszeć od ludzi, którzy w Szwecji spędzili nieco czasu - akurat uwłaszczenie naukowców nie spowodowało rozwoju rynku B+R, a rozwój korupcji i szarej strefy.

  • W końcu naukowiec dostanie sensowne pieniądze za komercjalizację
Co do zasady, 75% zysków z komercjalizacji (?) ma otrzymać naukowiec. Rzeczywiście, jest to dobre rozwiązanie dla badacza. Może nieco gorsze dla jego pracodawcy ;). Bardzo ciekawi mnie, jak MNiSW ma zamiar zachęcić rektorów do wprowadzenia takich przepisów. 
Czy jest to sprawiedliwe rozwiązanie? Nie da się ukryć, że standardowy podział 30/30/30 nie jest idealny, a przynajmniej nie na tym etapie rozwoju rynku transferu technologii jaki mamy w Polsce.

  • Będzie więcej wynalazków naukowców na rynku, przemysł/VC się otworzą na naukę, a nauka na nich
To jeden z podstawowych pozytywów rozwiązania wg MNiSW. Naukowcy wyjmą swoje wyniki badań z szuflad i pójdą do inwestorów/przemysłu, by ci je od nich kupowali. Idylla. Tylko jakim kosztem?
Czy taki coming out z szuflad przyniesie efekt? Bardzo wątpię. Być może kupnem technologii będą głównie zainteresowane fundusze seed utrzymywane przez PO IG, by spełnić swoje wskaźniki. A czy technologia sprzeda się z zyskiem to już inna bajka ;)
Proponowane rozwiązanie nie rozwiązuje problemu braku podaży na wyniki badań (w wielu regionach mało firm średnich oraz dużych gotowych do wdrożenia wynalazku).

Przeciw:
  • Odkrywanie Ameryki raz i raz od początku
Kuriozalne jest dla mnie wychodzenie MNiSW z kolejnymi pomysłami, które mają się do siebie nawzajem nijak. Teraz uwłaszczenie, brokerzy innowacji, what next?
Przypomina mi to historię sprzed lat, gdy na międzynarodowym szkoleniu dot. rozwoju parków naukowych we Włoszech, nagle jeden z polskich uczestników wstał i spytał: "OK, wy tu nam mówicie, że to 20 lat budowaliście i rozwijaliście, zanim zaczęło przynosić efekty, jak to zrobić w 5 lat?". Ależ ci Włosi byli zdumieni pytaniem... "5 lat? To przecież nie tylko mury, to też zwyczaje, prawo, mentalność...!". Reasumując, potrzeba czasu by system który od 10 lat budujemy w Polsce zaczął przynosić efekty, zważywszy, że wielu weszło do niego dopiero w ostatnich kilku latach.
Krok po kroku, rzetelnie, systemowo... Przecież sporo uczelni nadal nie ma regulaminu zarządzania IP!

  • Naukowiec negocjuje z przemysłem i kilka innych bajek
Rozumiem, że w modelu proponowanym przez MNiSW naukowiec załatwi sobie "wszystko" (skoro ma prawa majątkowe do potencjalnego wynalazku), czyli wyposażenie, apanaże (niech na siebie zarobi na rynku), opłaci patenty na wyższym poziomie niż PL (albo zdobędzie na to dofinansowanie), będzie bronił się w sądach przed trollami, płacił ze swoich środków za prawników, zapłaci za wycenę (wg przewodnika MNiSW element niezbędny przy patentowaniu), założy spółkę, spotka się z inwestorami, będzie z nimi negocjował, a... będzie pracował jeszcze dydaktycznie, w zespołach, realizował projekty międzynarodowe, koła naukowe, itd itd itd. Spoko, są tacy co dadzą radę. Ilu? Gartska!

Jak mówi jeden z ekspertów: "Przerzucenie na barki naukowców zadań związanych z komercjalizacją spowoduje, że będą musieli się zająć sprawami, w których brak im środków i doświadczenia, a które będą odrywać ich od pracy merytorycznej.."
Czy tego chcemy?
Odpowiedź na to pytanie dostałem podczas prac Komisji Rekrutacyjnej do programu Top500. Pytałem się naukowców: kto waszym zdaniem powinien za to odpowiadać? NIKT nie odpowiedział "ja" - wszyscy uznali, że powyższe sprawy powinny załatwiać za nich centra transferu technologii lub inne tego typu jednostki. I co ciekawe, sporo z nich to właśnie czyni, choć często jest to praca niewidoczna dla naukowca. Zresztą o tym jeszcze kiedyś napiszę.

Kolega: "Dla mnie, ta idea jest bez sensu - burzymy kierunek, w który pompowano pieniądze przez naście lat. Standard? Może w Warszawie. Miałem ostatnio takich dwóch ancymonów co chcieli komercjalizować i patent chcieli mieć na swoje rozwiązanie, tylko się nie skapnęli że wcześniej pochwalili się tym na konferencji. "To tak nie można?" Ręce opadają.".

  • Kapitalizm
To może kontrowersyjne porównanie, ale trudno. Prowadzę firmę promocyjną. Pracownik zbudował bazę danych klientów, oczywiście jest na tyle dobry, że dodatkowo zarabia na siebie (czasami wydaje mi się, że ludzie tego nie rozumieją, że na tym polega praca w biznesie). Czyja jest ta baza, jego czy moja...? Nie rozumiem, dlaczego na uczelniach ma być za każdym razem inaczej. Bo to są pieniądze publiczne? A z czego finansowane są granty? Z czego finansowana jest cała nasza praca? Z przemysłu? Na kilku uczelniach w części tak. Reszcie niestety jakoś się to nie udaje.
W ostateczności, fajnie by było, gdyby dzięki uwłaszczeniu doszło do większej rywalizacji pomiędzy uczelniami o tak ambitną kadrę naukową - jeden Rektor da 30%, drugi 50%. Naukowiec będzie sobie mógł wybrać. Proste?
Nic nie jest proste.

  • Komu to rozwiązanie jest na rękę?
Ptaszki ćwierkają, że cały pomysł nie pochodzi z MNiSW, a jest podrzucony przez VC. ;)
To nie dziwi. Komu to rozwiązanie jest w sumie na rękę? Polskiej nauce? Bynajmniej. Gospodarce i społeczeństwu - no way. Inwestorom - tak. To piękne preludium do drenażu pomysłów za bezcen.

  • Naukowcy będą się pławić w morzu taniej whiskey
Oczyma wyobraźni widzę te spotkania obu stron, gdy naukowiec negocjuje sprzedaż IP inwestorowi, a ten mówi: "daję 20 000 zł", po czym nasz rezolutny bohater mówi "30 000 zł", podpisują umowę (ciekawe co z wyceną) i wszyscy są zadowoleni. Koszmar.
Powiem nawet brutalnie - wolę by w ogóle takiej technologii nie sprzedano, niż zrobiono to za bezcen. To jest sprzeniewierzanie środków publicznych i kryminał.

  • Wdrożenie jako wynik pracy zespołowej
A co jeśli wdrożenie będzie wynikiem pracy zespołu składającego się z doświadczonego profesora i młodych doktorantów? Dadzą sobie młodzi radę? Jeśli ten starszy do tego jest przyjacielem Rektora? Jak podzielą pomiędzy siebie prawa? W moim odczuciu młodzi naukowcy staną na przegranej pozycji.

Inne głosy w dyskusji, głównie "na nie". Warto się z nimi zapoznać.:

Swoją drogą druzgocze mnie fakt podejścia do swojej pracy na zasadzie: mi mój pracodawca w sumie to niewiele dał, a dostaje prawo do własności mojego wynalazku, za który przecież zapłacił podatnik z projektu, który przecież pozyskałem ja - czyli zdobywam z grantu kasę na aparaturę, pomieszczenie oraz swoje zarobki i jeszcze mi mój pracodawca mówi, że to co zrobiłem jest jego. Nie może być!

Przyznam, że bardzo rzadko mam w sobie tyle buty i pychy, by po latach pracy na uczelni, gdy zdobyłem dla niej ileś złotówek (pracując w zespołach), pociągnąłem za ileś sznurków w innych tematach które dzisiaj dają owoce, by twierdzić, że teraz to mi się np. należy do końca życia zatrudnienie i dodatkowa emerytura. Przecież przyniosłem pieniądze, panie Rektorze, wyremontowałem i wyposażyłem sale, skrzydło jedno, sobie apanaże opłaciłem, wam też, dziesiątki jeśli nie setki studentów przyszły na uczelnię, daj daj daj...!
W całym tym równaniu zapomina się o jednym. Gdyby ta uczenia nas nie przygarnęła, to ...... byśmy zdobyli.

Pomysł na "uwłaszczenie", jak i na brokera innowacji obnaża cały brak systemu, rozmów, konsultacji, wyważania otwartych drzwi i innych przymiotów polskiego transferu technologii. Jak ten biznes ma z takimi ludźmi współpracować? 
Innym problem jest w tym, że są osoby, które nie mają w oczach tylko zielonych banknotów, ale wierzą w to, że swoją pracą mogą wesprzeć rozwój miasta, regionu, kraju. Tego typu propozycje jak uwłaszczenie naukowców są dla nich kłodą pod nogi.
Czemu ma służyć komercjalizacja? Zwrotowi badań i zarobkowaniu, czy gospodarce i społeczeństwu? Jeśli więc wiemy, to kto ma odpowiedzieć na ich zawołanie? Cóż, jeśli MNiSW nadal zamierza wprowadzać programy wsparcia transferu technologii nie konsultowane w szczegółach (!) z kadrą naukową oraz transferem, efekt będzie podobny. A ptaszki ćwierkają, że MNiSW chce wprowadzić uwłaszczenie w październiku 2013 r., dając Rektorom do wyboru czy chcą zastosować takie rozwiązanie na swojej uczelni. No... już widzę te radosne, szczere twarze Rektorów, którzy oddają swój majątek. Jakie to zgodne z ustawą o finansach publicznych i jej dyscypliną, ho ho!

Prawo zamówień publicznych wiąże nam ręce


To teraz o czymś... pozytywnym. Bardzo udana inicjatywa zorganizowana przez ludzi z Top, do której przyłączyła się spora część środowiska naukowego w Polsce. Wszystko zaczęło się od strony na Facebooku.
Jak definiują to organizatorzy: "Akcja ma na celu zwrócenie uwagi opinii społecznej na szereg problemów z jakimi stykają się pracownicy jednostek naukowych i badawczych podczas dokonywania zakupów zgodnie z Ustawą o Zamówieniach Publicznych.". I rzeczywiście, jest to akcja widoczna, były artykuły w Gazecie Wyborczej, były programy telewizyjne (polecam, polska nauka jest b. atrakcyjna). Włączyły się w nią nawet władze kilku uczelni:
"Włączam się do akcji! Realizacja PZP jest głównym hamulcem nauki w Polsce. Obecnie na naukę wydajemy nie tyle za mało, co za późno - wstrzymują nas skomplikowane procedury przetargowe. Bez zmian w PZP zwiększające się nakłady na naukę nie przyniosą spodziewanych efektów.
Dalej pisać nie mogę, gdyż mam ręce skrępowane!
prof. dr hab. inż. Jan Szmidt,
Rektor Politechniki Warszawskiej"

Mam tylko nadzieję, że nie skończy się na zwykłym podniesieniu pierwszego progu, (14 000 EUR), bo i nie rozwiąże to większości problemów, jakie związane są z Prawem Zamówień Publicznych. A podstawowym jest nieczytelność przepisów, co powoduje chociażby potrzebę "chronienia się" administracji uczelni, bezradnie rozkładającej ręce. Jak dziś pamiętam, jak po ostatniej nowelizacji PZP zszedłem na parter, gdy dziewczyny zapoznawały się ze zmianami i patrząc się na wytyczne mówiły: "O, dobrze, to zmienili. Ale to... o rany, jeszcze bardziej zagmatwali, po co? A tu też, nie zmienili, a mieli zmienić...". I tak w koło Panie Macieju... Po podniesieniu progów stare problemy pozostaną.
Jednym z takich problemów jest łączenie zakupów w grupy, kategorie. Jeśli kupuję sprzęt do laboratorium w jednym zakładzie, to przy zakupie podobnego dla innego zakładu na uczelni jest obowiązek łączenia obu kwot. Jeśli ta druga "przekroczy" prób mamy przetarg. Przy założeniu, że w PO IG czy RPO sprzęt do labu kosztuje często setki tysięcy złotych, czasami miliony, co mi da podniesienie progu? Ale gdyby tak w końcu zacząć dzielić zamówienia (dziś to niemożliwe), byłoby o wiele łatwiej. Ba, przy zakupie odczynników i innych małych sprzętów, nawet progu wtedy nie trzeba będzie podnosić...
Moim zdaniem należałoby też zrobić coś z przepisami dotyczącymi zakupów poniżej 14 000 EUR, gdy znany jest na rynku rzetelny wykonawca danej usługi czy producent sprzętu. Przykładowo, jeśli mam zlecić zorganizowanie niewielkiego eventu, zgodnie z przepisami jestem zobligowany do zgromadzenia minimum 3 ofert (czasami to taki quazi przetarg, np. w naszym RPO). Pomimo tego, że znam profesjonalnego organizatora, który podoła zadaniu.
Tu jednak dochodzimy do kolejnej kwestii, takie regulacje wymagałyby zmiany nie tylko Prawa Zamówień Publicznych, ale także ustawy o finansach publicznych, a to może być nieco trudniejsze.;)

PZP wiąże ręce pracownikom CTTM :)
I na koniec, przepisy przepisami... ale ile tak naprawdę sytuacji zapalnych tworzą zainteresowani tylko swoim interesem naukowcy i administracja? Jak to jest, że projekt trwa od pół roku i nagle kierownik schodzi do uczelnianego działu zam. publicznych i mówi tak: "Komputer. Za tydzień proszę!"? Ile takich sytuacji mamy na uczelniach publicznych? Moim zdaniem sporo. Bo przecież "ta administracja ma służyć nauce", "opierdzielają się tam", albo z drugiej strony słyszymy "niech sobie poczeka pan doktor, nic mu się nie stanie". 
Gdzie podstawy wzajemnego szacunku? Czy zawsze będzie tak? ;)

Inaczej mówiąc, walczyć trzeba o podstawowe elementy, nie końcówkę kija. Mam nadzieję, że się uda. Swój niewielki wkład jako zespół CTTM mamy (zdjęcie obok). Szkoda, że tak mało topowiczów jest zaangażowanych w proces.

Z ciekawostek na koniec:

I wspominki... Do końca życia będzie prześladował mnie ten kawałek. Jadąc Sunset Boulevar w Los Angeles, przy perfekcyjnym zachodzie Słońca, właśnie to leciało w radiu…

Here I am
On the road again
There I am
Up on the stage
Here I go
Playin' the star again
There I go
Turn the page Poland
.

Palm Drive w kierunku do Stanford