wtorek, 25 czerwca 2013

Dzień Kreatywości Nasza Akademia

Dziś o drugim Dniu Kreatywności, jakie zorganizowaliśmy na Akademii Morskiej w Szczecinie. Po paru perturbacjach czasowych oraz organizacyjnych, dzięki pomocy Biura Karier, Działu Nauczania oraz Promocji, udało nam się przeprowadzić Dzień w holu budynku głównego na Wałach Chrobrego. 
Studenci oraz pracownicy uczelni dostali możliwość twórczego „wyżycia się”. Tematem przewodnim była ponownie „Nasza Akademia”. Do dyspozycji były flipcharty, na których można było pisać i rysować oraz stanowisko do prototypowania.

Kto to potem posprząta...
Każdy mógł dać odpowiedź na następujące pytania:
  • Co ci się podoba?
  • Co cię wkurza?
  • Gdybym był/a Rektorem AM…
  • Co byś zmienił/a? Zaproponuj rozwiązanie.
  • Na uczelni Twoich marzeń…
oraz, nowość: W czym nie można Ciebie zastąpić?  

Celem akcji było sprawdzenie, czy w studentach drzemie potencjał do pracy twórczej oraz kreatywnego rozwiązywania problemów, z którymi stykają się na uczelni.

Tym razem studenci z Wałów Chrobrego podeszli do ćwiczenia znacznie bardziej na luzie, niż ich koledzy i koleżanki z WIET.
 
Co wkurza studentów oraz pracowników?
  • Na pewno konkretne osoby. Sporo było imion kolegów oraz koleżanek (także samorządu) oraz nazwisk nielubianych wykładowców. Jak to się mówi, ta dzisiejsza młodzież... ;) 
  • To, że studenci to imprezowe bestie, świadczyły takie wpisy jak: "Ciepła wódka!" oraz "Zajęcia w poniedziałki na rano". Ach to życie studenckie!
  • Trochę wpisów krążyło wokół sieci: "Internet!", "Sql", "Oglądanie filmików na youtube w
    Ustawianie flipchartów :)
    najgorszej jakości" - rzeczywiście, też tego nie lubię ;)
  • Powalało podejście filozoficzne: "Rzycie", "Komuniści", "...stałem się tolerancyjny", "Nie ma przydziału baniek mydlanych"
  • Oczywiście nie zabrakło haseł oscylujących wokół zajęć: "2-jki w indeksie", "nauczanie nawigacji z XX wieku"
  • Osobiście podobała mi się walka z systemem: "Biurokracja", "sprawozdania ze wszystkie i wszędzie!!!" :-)
  • Bardzo ciekawa była relacja z wykładowcami, którym zarzucono "Niesłowność" oraz "Złe przekazywanie informacji! Proszę nauczyć się łączności!" - cóż, zaufanie oraz współpraca budowane są wspólnie i powoli...
Mnie zastanowiło to, że studentów wkurza "noszenie munduru w lato". To odwrotnie niż kolegów z WIET. Zwrócono tez uwagę na za małą liczbę ławek. Jedyny student z zagranicy, który wypełnił flipchart, stwierdził, że "Have class in diner time 14:00 – 16:00".

 OK, a co się studentom podoba?
  • Pani Sylwia z Dziekanatu WN - mnogość głosów. Cóż, komu się Ona nie podoba...! :*
  • Oczywiście było jeszcze kilka wpisów z nazwiskami wykładowców
  • Raczej smutne były powtarzające się głosy: "NIC"/"Nic mi się nie podoba"..., całe szczęście przeplatane radosnymi "cyckami" (w tym po rosyjsku)
  • Pozostając we frywolnej tematyce, byli też "chłopcy z mechaniki"
  • Trochę nazw przedmiotów: elektronika, laborki z Astro, Farma (gra) ;)
  • To, że studenci są wyluzowani, widać było po wpisach: "Poziom absurdu, który tu występuje :D", "Pogoda", "Dni bez ciepłej wody"
  • Żeby żyć, trzeba jeść - więc podobają się "bułki za 4,50"
Prototyp i to pracownika AM :)
Było parę wpisów których nie rozumiem, więc nie przytoczę (jeszcze kogoś obrażę) ;-)

Przechodząc do pytań bardziej kreatywnych - co byś zmienił, zaproponuj rozwiązanie:
  • Student ma zawsze rację, więc "słuchałbym studentów". No więc właśnie to robimy.
  • Od młodych ludzi należy oczekiwać ekstremalnych rozwiązań, były więc: "Wszystko", "Uczelnię", "NIC", Wyrzuciłabym niektóre osoby z uczelni!" (mam nadzieję, że nie mnie).
  • Dostało się też dziekanatowi, może niesłusznie?
  • Zabawna była propozycja by "praktyki pełnomorskie odbywać na Zalewie Szczecińskim!" :)
  • Znowu pojawił się ten straszny mundur: "Dzień bez munduru co najmniej raz  tygodniu" 
  • Kolega odpowiadający za POKL powinien zareagować na "Stypendium nie dają, złodzieje..." 

Przechodząc do uczelni marzeń...
  • Cóż, nie ma paru przedmiotów... ;)
  • "Wszyscy zaliczają semetr, nawet z 2!", "Pst od 30%" - co za leniwe bestie...
  • Studenci chcieliby normalnych warunków pracy: "More sun!", "darmowy parking", gwarancja pracy w trakcie studiów", "darmowe jedzenie i kawa". Jest też "czas na leżakowanie". Nic tylko studiować.
  • Powtarzająca się prośba, by nie przesadzać z godzinami rozpoczęcia zajęć: "Wysypiałbym się"
  • Do zabawniejszych wpisów należało: "Co środa każdy student miałby obowiązek przynieść plan opanowania świata". No no... może najpierw statku?
  • Praktyczne spojrzenie: "Sale są numerowane w porządku matematycznym

    Marzenia marzeniami, ale gdyby tak być Rektorem, to co bym zrobił/a? 
    •  Jak szaleć, to szaleć... "Jacuzzi na Statku Nawigator!" - no, taki Rektor to miałby powodzenie :)
    • Żeby nie było tak radośnie...: "Trollowałbym studentów!" ;)
    • Studenci chcą pozostać tajemniczy: "Chodziłabym na zajęcia incognito"...
      Pierwsze prototypy
    • Przydałoby się więcej wolnego! Stąd i takie hasła, jak: "Skróciłbym rok akademicki do 10 czerwca", "Wprowadziłabym wolne środy"
    • Hojność wydaje się cennym atrybutem naszych młodych pobratymców: "3 dla wszystkich", "Dawałabym bezpłatne warunki", "Stypendium dla wszystkich", "Piwo dla każdego i papierosy też a wódka dla ziomków" ;-)
    • Z poważniejszych wpisów należy odnotować: "Kupiłabym wszystkim kredki na meteo", "Każdemu studentowi dałabym bańki mydlane".  
    Trzeba przyznać, że kreatywne odpowiedzi ;)

    Ostatnie pytanie dotyczyło zastępstwa, a dokładnie w czym Ciebie nie można zastąpić. 
    Można się domyślać, że odpowiedzi były bardzo zróżnicowane. ;)
    • "W jedzeniu i piciu"
    • "W ilości poprawek"
    • "W byciu legendarnym" (wow)
    • "W przekładaniu terminów"
    • "W knuciu i porażkach" (cóż za defetyzm)
    • "Robieniu tostów" (też jestem dobry)
    • "Gotowaniu"
    • "W rapie" (jakiś swojak)
    Odpowiedzi było więcej, ale też nie chciałbym przekroczyć poczucia dobrego smaku ;-)
    Wpisy wpisy ...

    Podsumowując, zauważalna była różnica w wypowiedziach studentów w Wałów Chrobrego (Nawigacja, część Mechanicznych) w stosunku do Inżynierii i Transportu, z korzyścią dla tych drugich. Być może było to efektem pozostawienia pustych tablic, nie wypełnionych kilkoma "poważniejszymi" wpisami, które nadałyby charakter całemu eventowi. Ta różnica daje nam do myślenia, jest to pewne wyzwanie.
    Musimy się też zastanowić nad formą propotypowania, bo nie wyszło zbyt okazale.

    Nawiązując jeszcze do wpisów, słabo było z marzeniami i praktycznymi pomysłami studentów. Wydawało nam się, że w studentach brakuje poczucia własnej wartości dla uczelni. To samo dotyczyło tożsamości uczelnianej, identyfikacji z Akademią, co chyba nie jest problemem tylko li studentów...
    Ciekawostką było odmienne zdanie dotyczące noszenia munduru. Ci co noszą nie chcą i na odwrót.
    Oczywiście przemyśleń i uwag było więcej, jeśli ktoś jest nimi zainteresowany niech da znać.

    Udział studentów :)
    Co teraz? Teraz mamy kilka propozycji. Po pierwsze spiszemy z dwóch Dni Kreatywności najważniejsze odpowiedzi i przekażemy władzom. Myślę, że dla nich może być to bardzo ożywcza lektura. Musimy też znaleźć aktywnych studentów, być może poprzez samorząd studencki - to pomoże nam organizować tego typu eventy w przyszłości.
    Mamy też pomysły na dwa konkretne Dni, z konkretnym przekazem i pytaniami. Ale zanim je zaprezentujemy, musimy je uzgodnić z Władzami uczelni.
    Trzymajcie zaciśnięte kciuki :)

    niedziela, 16 czerwca 2013

    I spotkanie szczecińskich Topowiczów

    Od pewnego czasu, a dokładnie od spotkania z profesorem Moncarzem w Międzyzdrojach, zdiagnozowaliśmy potrzebę spotykania się wewnętrznie w szczecińskim gronie. Kolejne edycje mijają, a liczba szczecińskich Topowiczów stale rośnie. Jest więc coraz większa szansa na wspólne ciekawe przedsięwzięcia na Pomorzu Zachodnim, których moglibyśmy się razem podjąć.
    Zgodnie jednak ze starym powiedzeniem o budowie takiego miasta do którego prowadziły wszystkie drogi, powoli i spokojnie - najpierw popatrzmy szczerze na swoje twarze, połóżmy ręce na stół i porozmawiajmy.

    Dzięki uprzejmości Patrycji oraz Wioletty (dziękujemy, niezła kawa), spotkaliśmy się w Centrum Bioimmobilizacji i Materiałów Opakowaniowych ZUT. W dyskusji uczestniczyli jeszcze Piotr, Paweł (ale to nie ci od tej sieci), Paulina, Przemek, Witek i ja.

    O czym rozmawialiśmy? Trochę o Zlocie Top500 Innovators w lipcu pod Warszawą. Dogrywane są ostatnie szczegóły tego wydarzenia. Jako jedna z osób przygotowujących zarysy Zlotu oraz prowadzący jeden z paneli dyskusyjnych (trafiła mi się jakaś miazga), ciekawy byłem opinii i uwag co do agendy eventu.

    Przemek został członkiem Rady Młodych Naukowców, stąd bardzo ciekawi byliśmy "z czym to się je", jakie cele stawia sobie ta grupa oraz jakie natężenie pracy ich czeka. Wychodzi na to, że zjazdy odbywać się będą w cyklu miesięcznym, a tematy będą opracowywane zgodnie z wolą Rady.

    Zatrzymaliśmy się też chwilę przy naborze uzupełniającym do Programu, który właśnie ma miejsce (deadline 23 czerwca 2013 r.). Razem z kolegą Pawłem udajemy się na Pomorski Uniwersytet Medyczny, by zachęcić tamtejszych naukowców do udziału w Programie. Paweł wraz z kolegami/koleżankami z ZUT zamierza także zrobić taką prezentację na swojej uczelni. Ja tym razem Akademię Morską odpuszczam, jesienią leci dwóch "moich" naukowców, w tym uczestnik spotkania w CBiMO Witek.

    Podsumowaliśmy też spotkanie z profesorem w Międzyzdrojach. Zastanawialiśmy się czy jego pomysły na Zachodniopomorskie mają szansę realizacji. Na ten moment widać, że musimy ten temat jeszcze przeżuć i przetrawić.

    Ustaliliśmy, że będziemy się w naszym gronie nawzajem wzmacniać wiedzą. Paweł i ja uczestniczymy w różnych spotkaniach i szkoleniach związanych z transferem technologii, będziemy pisali z tego sprawozdania i przesyłali do siebie oraz szczecińskich Topowiczów (kiedy na to znaleźć czas...?).

    Na koniec nie udało nam się ustalić kiedy znowu się widzimy :). Padła propozycja by termin był odgórnie ustawiony, np pierwszy czwartek miesiąca, ale konkluzji nie było (pytanie o to czy w godzinach pracy czy wieczorem na mieście...).

    Jak to mówią w Ameryce, stay tuned! ;)


    piątek, 24 maja 2013

    Spotkanie z profesorem w Międzyzdrojach

    Dziś będzie krótko, na temat i optymistycznie. Czuję się więc już na starcie strasznie, bo będę musiał tutaj pisać o miłych rzeczach.

    Jakoś tak się stało, że dowiedziałem się, iż profesor Moncarz będzie przebywał w "okolicach" Szczecina, a dokładnie na konferencji ZUT w Międzyzdrojach. Postanowiliśmy więc skorzystać z okazji i odwiedzić profesora, którego jako absolwenci programu Top500 już od jakiegoś czasu nie widzieliśmy (dla niewtajemniczonych, jest to współtwórca programu, a także ekspert w paru sprawach).

    Chcieliśmy wymienić opinie oraz posłuchać zdania na takie tematy jak aktualny rozwój programu Top500 (ma bardzo dobre zdanie o obecnej grupie topowiczów na Stanfordzie), jego przyszłości i możliwym rozwoju. O współpracy z uczelniami amerykańskimi. O wizycie profesora w Szczecinie, a także o studentach i ewentualnych projektach na ich wsparcie.

    Po przyjeździe późnym wieczorem do Międzyzdrojów, profesor zaprosił nas na kolację w ramach konferencji ZUT. Trzeba przyznać, impreza była bardzo specyficzna, szacowne grono belferskie opowiadające z mównicy sprośne dowcipy w takt muzyki biesiadnej. Pierwsze wrażenie mogło być "ale gdzie ja jestem?", ale jak wytłumaczył nam profesor, to specyfika i ludzi i tematyki (awarie, katastrofy), po całym dniu opowiadania o nieszczęściach warto się w swoim gronie "wyluzować". Jest pewna tradycja zachowań i fajnie, że wszyscy w nią się wtapiają. Po paru chwilach złapaliśmy klimat.

    Mogłoby się wydawać, że uczestnikami tej biesiady mogą być tylko pracownicy polskich uczelni, a tu zaskoczenie - poznaliśmy kilku naukowców z Ameryki (mama p. Radlińskiej uczyła mnie w LO chemii...), byli także przedstawiciele innych krajów, więc można było poćwiczyć angielski. Międzynarodowo, fajnie, luźno. Można.

    Jednym z punktów kulminacyjnych imprezy są występy uczestników (naprawdę, nie żartuję). A że pan profesor nie przepuściłby takiej okazji, na scenie zameldowali się nie tylko "profesorowie z Ameryky", ale także chórek Top500. Zdjęcie mówi wszystko na ten temat (nie widać licznej, 200 osobowej widowni). Daliśmy czadu, koledzy i koleżanki z Top500 mogą być z nas dumni ;)

    Nowe życie i Zespół Top500

    Oczywiście był też czas na poważne rozmowy. A tematy były niełatwe, związane z rozwojem rynku transferu technologii w kraju oraz działaniach lokalnych. Profesor Moncarz zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy topowicze odbierają założenia programu na tych samych falach. Tego nie zmienimy. Nie każdy chce i potrafi się zaangażować, proces rekrutacyjny do programu jest dość ubogi, ciężko w 15 minut ocenić czyjeś "zaplecze" i chęci do wprowadzania zmian w kraju / regionie / mieście po powrocie z USA. Kwestią dyskusyjną jest też, czy wszyscy powinni mieć takie... chęci. Nadal jednak można wiele zrobić tymi siłami, które posiadamy, a które przecież będą rosnąć (na razie jest nas Top200, a przecież będzie jeszcze 300 (tutaj wielki znak zapytania o jakość tych uczestników, nabory są coraz trudniejsze). Sporą rolę do odegrania ma Stowarzyszenie absolwentów programu (wg profesora może stać się modelem dla uczelni w Polsce), ale też musimy sobie zdawać sprawę z tego, że najwięcej korzyści mogą przynieść małe, interdyscyplinarne zespoły. Powinniśmy zajmować się poszczególnymi tematami właśnie w takich małych, konkretnych grupach 5-12 osobowych, które poprzez serię spotkań mogą pociągnąć dany temat i przygotować opracowanie/rozwiązanie/wdrożenie. To powinno nam zagwarantować czy Stowarzyszenie czy MNiSW, lub też powinniśmy to ogarnąć sami.
    Przypomina mi się, że na ten temat rozmawiałem z MNiSW, by zagwarantowali nam środki na przejazdy i noclegi w różnych miastach dla prac nad różnymi wyzwaniami w polskim transferze technologii, ale sprawa ucichła.

    Poruszyliśmy też przy okazji wątek rozwoju sfery IT naszego stowarzyszenia, szczególnie prezentacji poszczególnych absolwentów. Wg profesora, system ten mógłby wyglądać tak: http://www.exponent.com/professionals/, może rzeczywiście o tym pomyślimy? Muszę to omówić z naszą podgrupą IT w Stowarzyszeniu ;)

    Jeśli chodzi o rozwój Szczecina i regionu, profesor poddał nam pod rozwagę jedno rozwiązanie. Nie będę się tutaj nad tym rozpisywał, niespodzianka... ale trudna do realizacji, wymagająca sporego samozaparcia i czynnego uczestnictwa kadry naukowej. Przy okazji, musimy skontaktować się z kolegami z AGH, by podpatrzeć ich rozwiązania w kontekście jesiennego szkolenia z udziałem profesora, tak by powtórzyć to w Szczecinie!

    Ważnym tematem jest też utrzymywanie kontaktu z "Alma mater". W ramach stowarzyszenia powinniśmy powołać grupę osób odpowiedzialnych za kontakt ze Stanford University oraz University of Berkeley, CA. Nie możemy, wg profesora, zostawić tego przypadkowi czy incydentalnym kontaktom. To powinno być realizowane przez grupę osób, które w imieniu pozostałych członków grupy kontaktuja się z wykładowcami oraz ekspertami z USA. Temat ciekawy, do omówienia na Zlocie. Spodziewam się gorącej dyskusji, o ile będzie miała miejsce.
     

    Szabasowe Top500-spotkania przy świecach
    Na koniec pytanie za 100 punktów, skąd profesor Moncarz bierze siły na te wszystkie loty, spotkania, prace?

    środa, 15 maja 2013

    Seminarium eksperckie „R&D w uczelniach” w Pałacu Prezydenckim


    20 kwietnia 2013 r. miałem okazję uczestniczyć w specjalnie zorganizowanym spotkaniu eksperckim w Pałacu Prezydenckim (ach ten widok na Krakowskie Przedmieście), które dotyczyło współpracy uczelni i biznesu w warunkach trudnych, czyli polskich.
    Nie będę pisał, czy temat jest nośny, bo jest, ani ważny, bo jest. Dość powiedzieć, że zgromadzona ekipa była interesująca merytorycznie, wliczając Podsekretarza Stanu KPRP Macieja Klimczuka, Prezesa Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, dyrekcję Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, MNiSW oraz Narodowego Centrum Nauki, rektorów polskich uczelni publicznych, inwestorów, pracowników naukowych, przedstawicieli dużych przedsiębiorstw (m.in. Grupy Bumar) czy spin-offów.
    Sala w Pałacu Prezydenckim
    Od nazwisk i osobistości mogło się zakręcić w głowie, ale przecież topowicze nie z takimi tuzami się już spotykali, stąd razem z Iwoną, Krysią, Darkiem oraz Pawłem czuliśmy się jak najbardziej na miejscu. ;)

    Podczas seminarium zastanawiano się nad odpowiedzią na następujące pytania:
    1. Czy uczelnie w swoim obecnym kształcie organizacyjnym są w stanie aktywnie zdobywać i realizować projekty R&D dla biznesu, oraz umożliwiać komercjalizację R&D przez badaczy? 
    2. Jakie są bariery (ustawowe, statutowe, behawioralne, praktyka) rozwoju współpracy przedsiębiorców i badaczy w polskich uczelniach? 
    3. Czy obecny system finansowania projektów badawczych i uczelni stymuluje uczelnie do współpracy z przemysłem? 
    4. Jak wydajnie wykorzystać fundusze – krajowe i europejskie – na rzecz efektywnego R&D w latach 2014-2020?

    Pisanie sprawozdania ze spotkania nie jest najlepszym rozwiązaniem, można je znaleźć tutaj. Dość powiedzieć, że po oficjalnym otwarciu dyskusji rozpoczęły się krótkie, kilkuminutowe prezentacje zaproszonych ekspertów. Wypowiadał się i dyrektor NCBiR, i profesor Nowak z Uniwersytetu w Nebrasce (fajny prezentacja, przyda mi się w pracy nad moją o USA), pan Kozak z Instytutu Frauenhofera, p. Grajkowski z GIZA Ventures (ten od "uwłaszczenia naukowców"...) i dr Dziubiński z Medicalgoritmics S.A. Mówili interesująco, ciekawie, ale i tak jedyne brawa za swoje wystąpienie dostała niejaka dr Iwona Cymerman, czyli nasza koleżanka z Top 500, za swoją prezentację "Prawo zamówień publicznych wiąże nam ręce".
    W tym miejscu trzeba się na moment zatrzymać. Dzięki prezentacji Iwony, Pzp stało się jednym z wiodących tematów całego spotkania. Po pewnym czasie oraz dyskusji okazało się, że na sali siedzi... Prezes Urzędu Zamówień Publicznych. Poczuł się wywołany do tablicy i zaczął bronić, trzeba przyznać w oryginalny sposób. Iwona wykazała, ze istnieje zależność między wysokością progów przetargowych, a innowacyjnością danego kraju. Na takie dictum Prezes UZP wypowiedział znamienne słowa: "Z tego wynika, że jak nie będzie żadnych progów, to w ogóle staniemy się liderem innowacji". Jak to ktoś z sali ładnie ujął: "To jakaś demagogia co pan mówi".
    Cóż... po spotkaniu była okazja do dyskusji w kuluarach, niestety pan Sadowy zniknął. Szkoda, bo Iwona słusznie prosiła o "dialog, nie monolog, jak dotychczas".  

    Dla tych co chcą zmian, proszę bardzo: http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=9645. Wystarczy podpisać. Jeśli ktoś zna lepszy sposób na walkę o normalność, proszę o sygnał.

    Poniżej kilka moich uwag, spostrzeżeń i innych takich...:
    Obiad po spotkaniu
    • Część rektorów uważa, że sytuacja w Polsce w zakresie rozwoju nauki i transferu technologii „nie jest taka zła”. Dużo inicjatyw obecnie jest w trakcie rozwoju, a plony przyjdą za kilka lat. Powoływane są kolejne spółki celowe, powstają pierwsze spin-offy.
    • Sporym problemem wg części obecnych jest to, że Państwo Polskie nie sprawuje mecenatu nad procesem komercjalizacji. Uczelnie czują się opuszczone i wystawione na ataki urzędów. Przyznam, że bardzo ciekawe spostrzeżenie. 
    • Wiele uwag poświęcono polskiemu prawu. Ustawa Prawo o Szkolnictwie Wyższym to tylko czubek góry lodowej. Zwracano uwagę, że uczelnie podlegają także pod takie przepisy jak te dotyczące finansów publicznych. I rzeczywiście jest tak, że często Kwestura się do nich odnosi, bo jest do tego zmuszona. Stąd zabrzmiała prośba o "uwolnienie polskich uczelni z kleszczy prawa". Osobiście dla mnie dobitnie zabrzmiały słowa jednego z uczestników: "W Polsce prawo tworzy się pod oszustów, nie dla ludzi uczciwych. Musimy to w końcu zmienić".
    • Zastanawiano się, czy w ogóle w Polsce mogą powstawać "research universities" jak w USA?
    • Wracał też temat łączenia infrastruktur badawczych w większe jednostki. Coś jest na rzeczy... dając kasę każdemu, robiąc programy typu "Rozwój Polski Wschodniej" - stosujemy rozdawnictwo (pardon, politykę spójności), zamiast starać się inwestować w kilka obszarów w głównych ośrodkach akademickich. Temat rzeka, trudny do opisania w kilku zdaniach. Jak w tego typu rozwiązaniach nie zapomnieć o małych, specyficznych uczelniach? Czy publiczny Caltech dałby tutaj radę?
    • Bardzo ciekawe były uwagi o ryzyku (porażce?) - że w Polsce nadszedł czas na większe ryzyko, bo tempo w jakim się rozwijamy nikogo nie satysfakcjonuje. Ciekawe co na to Komisja Europejska. I Prezes UZP.
    • Interesująco zabrzmiało zdanie przedstawiciela parku technologicznego, który przekazał informację statystyczną z Wlk. Brytanii: odsetek firm innowacyjnych w takich parkach to tylko 30%. I to jest ponoć dobry wynik i tak powinno być. Hm... więc przesadzamy z krytyką? 
    • Nie mogło się odbyć bez dyskusji o tzw. uwłaszczeniu naukowców. Była gorąca, przeniosła się do kuluarów. Odbyłem tam ostrą polemikę z dyrektorem NCBiR i Grupy Bumar. Swoje zresztą na ten temat już powiedziałem. Ale też zdruzgotał mnie dyrektor NCBiR, kiedy popukałem się w czoło mówiąc o uczciwych, chętnych do pomocy naukowcom inwestorach (już ich czeka cała rzesza), a ten mi pokazuje palcem, że "o tu, tu jeden stoi"... Mam po raz kolejny wrażenie, że stolica zmienia światopogląd ludzi, chyba nie czuje się tego, co się dzieje w ościennych regionach.
    • Polska innowacjo, odmaszerować! ;)
    • Dość mocno, ale prawdziwie, zabrzmiało twierdzenie, że wszystkim... rektorom, CTT, inwestorom, naukowcom, parkom technologicznym... brak umiejętności, praktyki, wiedzy i obycia.
    Spotkania tego typu mają odbywać się cyklicznie w Warszawie. W moim odczuciu są bardzo istotne, chociażby ze względu na fakt dostępu do sporej maści ludzi, którzy rzeczywiście tworzą programy wsparcia w instytucjach takich jak FNP, NCBiR, MNiSW. 

    Gdyby ktoś chciał zobaczyć prezentacje, są tutaj.

    sobota, 27 kwietnia 2013

    Commercialization means more than patents, licensing fees and startups

    Jakiś czas temu wpadł mi w ręce ciekawy artykuł o... komercjalizacji i transferze technologii (nie może być!). W końcu znalazłem chwilę, by go streścić i okrasić komentarzami, bo dziwnym trafem temat jest bliski Topowiczom.

    Jest to historia niejakiego Ahmeda Ellaithy, dziś 31-letniego inżyniera, który trzy lata temu porzucił swoje miejsce pracy (high-tech start-up), by podjąć na Uniwersytecie Amerykańskim w Kairze (AUC) wyzwanie stworzenia pierwszego w Egipcie Centrum Transferu Technologii.

    (Nie, to nie będzie komedia, ale zapowiada się wybornie, prawda?)

    Nasz bohater
    Od czego rozpoczął swoją pracę, na co zwrócił uwagę? Jak pisze, po pierwsze stanął przed pytaniami natury egzystencjalnej: "Jaki jest cel komercjalizacji?", "Dokąd zmierzamy i jak to zmierzymy że już tam jesteśmy?". Cóż, pytania jakie zadaje sobie wielu specjalistów od transferu technologii i/oraz topowiczów.

    Tam czy owak, władze Uniwersytetu w Kairze zdały sobie sprawę z faktu, że bez rzetelnego planu komercyjnego wykorzystania myśli naukowej nie będą silną, sprawną uczelnią. Więc postanowiły coś zrobić z tym fantem.

    Ahmed doskonale wiedział, że na całym świecie próby rozwoju uczelni w komercjalizacyjne maszynki do zarabiania kasy nie dają wielkich efektów. Transfer technologii to studnia (bez dna) na uczelniane oraz publiczne pieniądze, głównie z powodów prawnych oraz administracyjnych. Jest tak również dlatego, że sporo "nowych" osób w temacie snuje nierealistyczne wizje i plany, zapominając, że nawet Wielkim (takim uczelniom jak Stanford czy Berkeley) zajęło lata, by "wyjść na swoje". Dlatego też wielu ekspertów doradza uczelniom, by zamiast na "transferze wiedzy" skupili się na pomocy społeczeństwu w czerpaniu z wiedzy, wynalazków oraz umiejętności pracowników naukowych i studentów, zamiast skupiać się na samych finansach.

    A gra jest warta świeczki. Dobrze zorganizowane CTT może wzmocnić podstawową działalność uczelni, zwiększając jej wpływ na miasto czy region (ludzi), no i zadowolić polityków (tfu, samorządowców) ;). Z drugiej strony utrzymywanie takiego planu wymaga środków, co nie pozostaje bez konfliktu z tym, z czego uczelnia jest rozliczana (dydaktyka i nauka).

    Cóż, transfer technologii stał się pewnego rodzaju słowem-wytrychem, więc są też i wielkie oczekiwania. Wyzwaniem jest jednak, by tak skonstruować system TT na uczelni, by wszyscy z niego skorzystali: inwestor, uniwersytet, społeczeństwo. A przeszkód, na które można wpaść, jest przecież tak wiele. Nie ma przecież czegoś takiego jak typowy system transferu technologii!

    Jak więc radzą sobie uczelnie? Niektóre idą w ilość - komercjalizują co tylko się da, licząc że parę takich odkryć da ciekawe zwroty. Inne są w swoim mniemaniu sprytne - przedkładają nad tą ilość  jakość. Jeszcze inne obejmują udziałami spin-offy, a jeszcze inne nie chcą ryzykować lub nawet nie mogą. Biorąc więc pod uwagę różne budżety, kultury, cele nowoczesnych uczelni, nie może być mowy o czymś takim jak jeden wzorzec transferu technologii (raport amerykańskiej Narodowej Rady Naukowej (NRC) z 2010 r.). Cóż, czasami podczas dyskusji w kraju słyszę takie hasła ("dajcie nam jeden model wykorzystywania laboratoriów!"), ale czy to jest zdroworozsądkowe podejście?

    Co do zasady jednak Egipt oraz większość krajów podążają ścieżką amerykańską. W 1980 r. ustanowiono tam prawo zwane Bayh-Dole Act. Prawo to dało uniwersytetom to, co wydaje się dzisiaj zupełną normą, mianowicie możliwość dysponowania wypracowanymi rozwiązaniami, nawet jeśli były finansowane ze środków publicznych. Od tego czasu mnóstwo krajów poszło tą samą drogą.

    OK, ale rozwiązanie jest tylko pierwszym bądź drugim krokiem. A co jeśli ma ono potencjał komercyjny? Cóż, zasadniczo wiemy co się wtedy może zdarzyć (rozwiązanie umiera śmiercią naturalną w uczelnianej administracji ;)). Przede wszystkim powinniśmy chronić dobro, czy poprzez przystąpienie do procedury patentowej, na wzór przemysłowy, znak towarowy, know-how itp. Możemy sprzedać licencję (popularna aż do bólu forma komercjalizacji w Polsce) wyłączną lub niewyłączną, możemy uruchomić spin-offa/outa. Jakiekolwiek płatności czy zyski są dzielone później pomiędzy inwestora, wynalazcę, wydział oraz uczelnię.

    Bayh-Dole Act otworzył drzwi dla monstrualnych deal'i. W 2005 r. niejaki Uniwersytet Stanforda zarobił 336 mln $ za sprzedaż akcji Google, Uniwersytet Nowojorski wraz z grupą naukowców zarobił ponad 650 mln $ za Remicade, lek na artretyzm. Można też na odwrót, Carnegie Mellon University z Pittsburgha w Pensylwanii ma otrzymać, decyzją sądu federalnego, 1,2 bln $ (!) za to, że firma produkująca półprzewodniki (podwaliny dzisiejszej Doliny Krzemowej) wykorzystała wynalazki bez jego zgody.

    Wszystko pięknie, ale takie wielkie transakcje są bardzo rzadkie. Okazuje się, że mniej niż 15 z 100 najlepszych amerykańskich uczelni zarobiło ponad 50% przychodów z komercjalizacji, które osiągnęły poziom 2,5 mld $ w 2011 r. A mniej niż 1% z tysięcy udzielonych licencji w ciągu ostatnich dziesięcioleci wygenerowały więcej niż 1 mln $ należności dla uczelni. W rzeczywistości, wiele amerykańskich uczelni zarobiło więcej z kontraktów telewizyjnych za transmisję imprez sportowych niż z transferu technologii!
    Oczywiście, uniwersytety w Europie i Azji wyglądają w temacie jeszcze gorzej.

     Konkludując, w nawiązaniu do raportu NRC, system transferu technologii nie powinien być oparty o model zarobkowy. Szansa na duże zyski jest mała, a prawdopodobieństwo rozczarowania wysokie.

    W ostatnich latach, uczeni zidentyfikowali co najmniej 8 głównych ścieżek dla transferu wiedzy z uniwersytetów. Są to:
    1. Transfer umiejętności oraz pomysłów studentów do przemysłu, samorządu/rządu, sektora non-profit.
      8 głównych ścieżek transferu technologii
    2. Publikacja rezultatów wyników badań w czasopismach.
    3. Uczeni prezentują swoje osiągnięcia na konferencjach, seminariach oraz innego typu wydarzeniach.
    4. Przemysł sponsoruje konkretny projekt naukowy.
    5. Zawiązywane jest konsorcjum naukowo-przemysłowe na rzecz wykonania konkretnego projektu.
    6. Naukowiec staje się konsultantem dla firmy.
    7. Naukowiec angażuje się w przedsięwzięcie biznesowe, które nie ma związku z uniwersytetem (ani jego IP).
    8. Uniwersytet sprzedaje licencję firmie lub uruchamia spin-offa. 
    Oczywiście można do tej listy dodać pewne hybrydy, szczególnie pozycji 8 (Polak potrafi!). Plus sytuacje nieoficjalne, jak nieformalne kontakty naukowców z przemysłem (czy to się nazywa szara strefa?), prywatny konsulting, czy udział studentów w badaniach dla firm. Gdyby statystyki dot. światowego transferu technologii brały to wszystko pod uwagę, wiele uniwersytetów by pozytywnie zaskoczyło w rankingach, na czym szczególnie zależy uczelniom europejskim ;)

    Wracając do Egiptu, Ellaithy wiedząc to wszystko zastanawiał się, jaką drogę wybrać. Uniwersytet w Kairze, choć dość mały, był postrzegany jako jeden z najlepszych w kraju. Ok. 7 000 studentów, do tego uruchomione właśnie studia doktoranckie dla inżynierów. Cóż... pierwszy rok spędził na szukaniu odpowiedniego podejścia, które zadziała dla jego nowego pracodawcy.
    W efekcie, władze AUC zdecydowały się na strategię "najpierw rozwój, potem zarobek". Mają nadzieję, że transfer technologii będzie pełnił rolę platformy dla budowy relacji z przemysłem w celu realizacji wspólnych projektów, pracy dla magistrantów oraz innych, bardziej osobistych form transferu wiedzy. Jeśli w ciągu najbliższych lat pojawią się nowe spółki uczelniane i sprzedaż licencji - będzie to swoista wisienka na torcie (halo, czy ktoś mnie słucha?).

    Jednym z pierwszych zadań Ellaitha było nakłonienie uczonych do odkrycia ich (pochowanej po szufladach) oferty technologicznej, dzięki czemu jego CTT mogło rozpocząć prace nad ochroną tych pomysłów. Cóż, nie tylko w Egipcie naukowcy są niezbyt chętni do takiego coming out'u. Dodatkowo Ellaith zauważył, że ci bardziej przedsiębiorczy naukowcy z natury uważali, że to co wypracowali jest ich i sami sobie będą komercjalizować (tacy "uwłaszczeni z wyboru" naukowcy;)).
    Niemniej Ellaith został pozytywnie zaskoczony reakcją kadry naukowej. Jego biuro działa od 2010 r. zatrudniające 2 osoby na pełnym etacie i jedną na "połówce", ale już zdążył przygotować tuzin zgłoszeń patentowych, a obecnie jest w trakcie zakładania pierwszego start-upa (proste narzędzie diagnostyczne dla żółtaczki typu C).

    Pomimo tych wstępnych osiągnięć, nasz bohater wie, że wprowadzenie systemowego transferu technologii jest jak maraton, a jego sukces nie może być mierzony w wartościach bezwzględnych i gotówkowych. Ahmed: "Gdyby nam dobrze poszło z licencjami, to byłoby jak strzał w stopę. Ludzie pomyśleliby, że tak już będzie zawsze". 

    Czego zrozumienia życzę wszystkim decydentom wymyślającym co i rusz nowe programy i inicjatywy, nie skorelowane ze sobą, wprowadzane w sposób mało profesjonalny. Rozwój systemowego, rzetelnego transferu technologii na danej uczelni zajmuje lata... dziesiątki lat i nie dotyczy prostego zakładania spółek celowych oraz licencjonowania. To coś znacznie ważniejszego.

    Oryginalny artykuł